Mój pamiętnik
[wrzesień 04]
[październik 04]
[listopad 04] [grudzień 04]
[styczeń 05] [kwiecień 05]
[maj 05] [lipiec 05]
[wrzesień 05] [październik 05]
[listopad 05] [grudzień 05]
[styczeń 06] [luty 06]
[marzec 06] [kwiecień 06]
[maj 06] [czerwiec 06]
[lipiec 06] [sierpień 06]
[wrzesień 06] [październik 06]
[listopad 06] [grudzień 06]
[styczeń 07] [luty 07]
[marzec 07] [kwiecień 07]
[maj 07] [czerwiec 07]
Kwiecień
2010 – każdy ma swojego zajączka, który przynosi prezenty. Mój był
wielki i fioletowy .

A w
czasie wielkanocnego spaceru zostawił mi piłkę do koszykówki, która nie
będę ukrywać nie miała w moich zębach długiego życia, ale za to
sprawiła mi wiele frajdy .

Styczeń,
luty, marzec 2010 – cudowna zima , najlepsza w moim sznaukowatym życiu,
o takiej ilości śniegu zawsze marzyłem, więc nie zdziwi Was mam nadzieję
galeryjka pozytywnie zakręconych śnieżnych zdjęć. Aśka między wyjazdami
na narty zabierała mnie na długie harce w puchu. Wspominałem już kiedyś,
ze mógłbym mieszkać gdzieś w Skandynawii. Sami zobaczcie














Grudzień 2009 – to czekanie na śnieg i tradycyjne
składanie życzeń , nasze w tym roku wyglądały tak…..

Musicie
przyznać że do pyska mi w czapie Gwiazdora (po poznańsku ) Mikołaja ( po
całej reszcie)
Listopad
2009 – nareszcie spłynęły do nas wszystkie brakujące fizycznie tytuły,
dyplomy i puchary, a więc Championa Czech ,Ukrainy , Show Championa
Węgier. No to możemy stwierdzić cała kolekcja w komplecie. Dodatkową
niespodziankę stanowiła nagroda od Kariny i Darka. Pierwszy raz dostałem
tak pięknie zapakowany prezent. Aśka od razu wzięła się do pracy i
efekty możecie zobaczyć w dziale Pt. Moje trofea. A ja zostałem
zagoniony do mini sesji fotograficzne.






W
listopadzie pogoda była piękna i jesienna więc Aska w wolnych chwilach
wyciągała mnie niby na zabawy, w czasie których robiła mi sesje
zdjęciowe. Nie będę ukrywał , ze lubię aparat więc efekty możecie sami
zobaczyć, czasem trzeba było pobiegac…..





…..Chwilami leniuchowałem….







…..czasem robiłem to co tygrysy lubią najbardziej …….


….. a
czasem ćwiczyłem piękne postawy ….

Wrzesień
2009 – to tylko jedno wydarzenie w moim Diegusiowatym życiu. Moje PIĄTE
URODZINY. Fajowo było, szkoda że, psy nie mogą się rodzić raz w
miesiącu hau hau.
Dostałem
całą torbę smakołyków, tylko nie rozumiem dlaczego nie mogłem
wszystkiego od razu zjeść, przecież to dla mnie i moje. A z gadżetów
bardziej trwałych to nowa smyczka i obroża w kolorze rewolucyjnym i w
stylizacji na Che Guevare. A wiecie co Che kiedyś powiedział lub napisał
?: „Zawsze naprzód do zwycięstwa!!!” To chyba ładne motto patrząc na
moje sukcesy i nie myślcie , że jestem Kubańczykiem lub rewolucjonistą
hahahahaha.
Ale, ale
wracając do moich urodzin to dostałem prawdziwy tort , taki specjalny
dla psów. Miał smak jogurtowo sezamowy i był przepyszny. Do tego jakże
bardzo designerski . Sami popatrzcie.

Konsumpcja przebiegła błyskawicznie , a Aśka cieszyła się że zdążyła
pstryknąć jakies foto. Trochę jest mi wstyd bo nikogo nie poczęstowałem,
ale w końcu to ja byłem pięciolatkiem i to były moje urodziny.


Sierpień
2009 – jak wakacje to wakacje, ale i wystawy też . Miesiąc
rozpoczęliśmy i zakończyliśmy wystawowo. Na początku tradycyjnie Sopot,
który jest spotkaniem ze znajomymi z wybrzeża. A tym razem odkrywałem z
Aśką historyczne dla Polski, Europy i świata miejsca. Ponieważ z okna
naszego pokoju roztaczał się widok na stocznię gdańską, pomnik trzech
krzyży moje spacery kręciły się między innymi wokół tych miejsc.


I miałem
okazję zobaczyć produkt PRL, małego polskiego fiacika. Szkoda, że nigdy
nie dane mi było się takim przejechać, ale może jeszcze gdzieś, kiedyś….

A po
przyjemnościach w niedzielę przyszedł czas na ciężką pracę. Bieganie na
ringu w towarzystwie upalnego sierpniowego słoneczka. Biegałem ,
biegałem i wybiegałem sobie zwycięstwo rasy , kolejnego caciba . Chyba
spodobałem się sędzinie Pani Lilianie Bachurzewskiej, ponieważ jako
jedyny z całej stawki czarnych średniaków otrzymałem ocenę doskonałą.

Wyprawa
na Podlasie zakończyła nasze sierpniowe podróże. Pojechaliśmy do
Białegostoku, o którym Aśka mówiła ze jest fajnym pełnym zieleni
miastem. Początek i końcówke naszego pobytu wspominamy cudnie: piękna
pogoda, spacery, dobre jedzonko. Najbardziej zauroczyły nas ogrody
Pałacu Branickich



Oraz
cerkwie, w kopułach których pięknie odbijał się świat.

A
dlaczego mało przyjemnie wspominamy środek wyprawy do Białegostoku? W
dzień wystawy padało, co ja pisze lało jak z cebra przez praktycznie
cały dzień. Nawet ja, choć im więcej wody tym lepiej miałem tego dnia
dosyć . Nie pomagały parasole, kurtki przeciwdeszczowe po prostu
wszystko pływalo. Nawet nastrój pani sędziny był bardzo pochmurny
ponieważ nie wiadomo dlaczego, bez żadnego uzasadnienia nie przyznała
nam caciba, ale co tam odbijemy sobie kiedy indziej. Ale miłym akcentem
tego dnia była wycieczka do miejscowego zoo . Ale było super. Widziałem
z bliska przeróżne czworonożne okazy, tylko nie wiem dlaczego nikt z
nich nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić.
W drodze
powrotnej humory nam dopisywały i w Warszawce postawiłem sobie na głowie
caaaaaaały pałac kultury hau hau.

Lipiec
2009 - w lipcu myślałem tylko o jednym , a mianowicie o żółtej piłce,
która należy do mojego kumpla z łąki Goldena Dyzia. Dokonała się
przyjacielska wymiana zabawek, a ja oszalałem na punkcie tego dziwnie
skaczącego przedmiotu. Zyskałem nową ksywkę Latający Diego. Sami
popatrzcie co wyprawiałem aby nie stracić piłki z oczu i pyska.

Poza tym
głupkowaliśmy także w innym wymiarze. Aśka zrobiła porządki i znalazła
filcowe berety ,akurat dwa , po jednym na głowę. Nie wiedzieliśmy czy
bawić się we francuskich łączników , czy może zakładać partię nie
moherowych a filcowych beretów, ale my nie bawimy się w politykę ,
zdecydowanie wolimy dobrą zabawę.

Po
sesji fotograficznej zapoznałem się organoleptycznie z płaskim, nawet
nieźle latającym przedmiotem

No ale
był i czas poważnych wyzwań , w końcu trzeba było skończyć Championat
Czech.Po 3 cacach na wystawach międzynarodowych pojechaliśmy na krajówke
(uwaga ponad 3000 zgłoszonych psów!!!) do Mladej Bolesław. Nieśmiało
przypomnę, że to właśnie w tym mieście po raz pierwszy pokazałem się na
ziemi czeskiej w czasie sznaucerowej klubówki i zdobyłem jeden z
cenniejszych brązów w mojej karierze. Ech te wspomnienia. Przed wyjściem
na ring odstresowywaliśmy się ambitnie.



Ale
później już trzeba było brać się porządnie do pracy. Biegałem ….



Pięknie
się ustawiałem…..


I mogę
napisać już z pełną świadomością, wielką radością zdobyłem ostatniego
caca i zostałem Championem Czech. Radość olbrzymia choć przyznajemy się
bez bicia, że ten tytuł kosztował nas sporo nerwów i był naprawdę
wywalczony ciężką pracą moją i Aśki. Ale ona ambitna jest i cel został
osiągnięty hau hau. To pierwszy tytuł Championa Czech zdobyty przez
sznaucera z Flavago.

Ale nie
samymi wystawami ludzie i psy żyją. Wykorzystaliśmy okazję i
pozwiedzaliśmy trochę stolicę Czech Pragę. Pogoda była zmienna od upału
po ulewę, ale ostatnio już się do takich zmienności zdążyliśmy
przyzwyczaić.







Czy to
tron dla championa ???

Praga zauroczyła nas pod wieloma względami a jej klimat super oddają
zdjęcia czarno białe. Ambitnie wykorzystywaliśmy mój czarny kolor,
który był po prostu idealny



Poczułem
się prawie po królewsku gdy zwiedzaliśmy Hradczany i mimo padającego
deszczu podobało nam się.




Z
żalem ale w tryumfujących nastrojach opuszczaliśmy Czechy .I dobra rada
dla wszystkich choćby nie wiem co się działo i jakie kłody pod nogi
rzucał nam los warto marzyć i realizować to czego się pragnie.
Czerwiec 2009 – to miesiąc wystawowy. Tradycyjny
dwudniowy wypadzik do Lubieszyna i Szczecina zakończyliśmy pełnym
sukcesem made In Flavago. A najważniejsze było spotkanie z Darkiem i
Hebanitą. Mimo, że Aśka pojechała tam ze mną i z jakimś wstrętnym swoim
choróbskiem daliśmy rade i odnieśliśmy podwójny sukces. Hau hau.Moim
najważniejszym zadaniem, było wprowadzenie Hebanity w atmosferę
wystawową. Spełniałem swoje zadanie znakomicie i jeszcze pamiętałem aby
ładnie prezentować się na ringu.



Sami spójrzcie na efekty: ja wygrałem rasę a Heba
wzięła Zwycięstwo Młodzieży.

Najbardziej spodobał mi się piękny puchar do mojej kolekcji.

Na drugi
dzień biegaliśmy w Szczecinie na wystawie Międzynarodowej. I nastąpiło
deja vu, czyli powtórka z rozrywki sobotniej. Dla mnie rasa dla Heby
młodzież. Dla nas była to bardzo ważna wystawka ponieważ od dłuższego
czasu szukaliśmy pasującej nam wystawy , na której mógłby mnie ocenic
pan Andrzej Kaźmierski, i wreszcie nadejszła wiekopomna chwila .
Zakończona sukcesem i nietuzinkowymi opisami

W
międzyczasie walczyliśmy z oberwaniem chmury, oj lała się woda z nieba
hektolitrami. A dwunożni dzielnie osłaniali nasze czarne ciałka przed
wodą, biorąc wszystko na siebie. A gdy nie padało zajmowaliśmy się
uwiecznianiem nas na zdjęciach.

Z
Hebanitą dzielnie w rękach Aśki ćwiczyliśmy postawy ringowe. Oj ma Heba
talent , jestem ciekawy po kim? Może choć troszkę po wujku Diegusiu hau
hau


Ale najważniejszą wystawą w czerwcu była
międzynarodówka w Brnie, jak zwykle do Czech udaliśmy się z duszą na
ramieniu. Jak zwykle sędzina reprezentowała Czechy. Pepiki otwórzcie się
trochę na świat !
Zaczęło się fajnie bo w hotelu przydzielono nam piękny apartament
zamiast normalnego pokoju. Ma się to szczęście hau hau. A w niedzielę na
ring. A po ringu do sekretariatu po nagrody za caciba i caca. Czyżby tak
upragniony championat Czech był już na odległość tylko jednego caca.
Mimo ulewnego deszczu w jakim przyszło nam wracać do Poznania rozpierała
nas duma i szczęście.

To był
niewątpliwie udany miesiąc.
Maj 2009- jak maj to i majówka, tym razem uderzyliśmy
na tereny Augusta Mocnego czyli do Saksonii. Na kilka dni zatrzymaliśmy
się w Dreźnie, oj zwiedzania było mnóstwo, dwunożni czuli kilometry w
nogach a ja w moich psich łapkach. Staraliśmy się zaliczyć prawie
wszystkie atarakcje Drezna, robiąc sobie od czasu do czasu przerwę na
małe co nieco (najlepiej smakowały mi krewetki z grilla )





Najbardziej podobał mi się Zwinger, gdzie czworonożni mogli sobie bez
problemu spacerować, byłem więc na maksa grzeczny i pokazywałem, że
temperamentny sznaucer potrafi zachowić kulturę

Generalnie plan majówki był na bieżąco modyfikowany. Trafiliśmy więc do
Miśni. Nie dane mi było obejrzeć porcelanowych cudów, ale za to
dokładnie spenetrowałem okolice Elby, zamku i katedry.





Aśka z
sentymentem zabrała wszystkich do Moritzburga, wspaniałej rezydencji na
wodzie. Dla mnie największą atrakcją były kaczko-gęsi, ale jakoś nikt
nie chciał mi pozwolić na kąpiel.

Oj miał
ten August posiadłości. Odwiedziliśmy także Pillintz, jego letnią
rezydencję położoną nad brzegiem Elby, podobno spotykał się tu z paniami
w różych celach ,ale ja jak na porządnego sznaucera przystało nie
słuchałem szczegółów.


W drodze
powrotnej zahaczyliśmy o piękny i malowniczy przełom Elby ….

…..oraz
o piękne widoki Szwajcarii Saksońskiej.

Ech
szkoda że maj nie trwa wiecznie, to co chwilę jeździlibyśmy na jakieś
fajne majówki, ale najważniejsze są wspomnienia.
Kwiecień 2009 – za wielkich wypraw nie
uskutecznialiśmy ponieważ Aśka była rekonwalescentką . Ze względu na jej
stan zdrowia musieliśmy odpuścić sobie wystawkę w Ostrawie. Ale ja byłem
i tak zadowolony ponieważ nareszcie Aśka spędzała ze mną więcej czasu i
przynajmniej w promieniach wiosennego słońca buszowaliśmy po naszej
łące. Zobaczcie jaki byłem szczęśliwy.

Luty 2009 – ambitnie uskutecznialiśmy spacery ,ja dzielnie dotrzymywałem
Aśce kroku zarówno w spacerowaniu

Jak i we wsadzaniu czarnego pyska w torbę z aparatem,
a co tam może też uda mi się ofocić coś fajnego

Ale
największą radochę sprawiało mi bieganie za frisbee. Musicie mi
uwierzyć, że jest w kolorze żółtym a przyjechało do mnie aż z Niemiec w
postaci prezentu od mojego kumpla Fuego.


Styczeń 2009 – hurrrrrra wreszcie spadł śnieg, a my
to od razu wykorzystaliśmy. Od początku nowego roku dużo spacerowaliśmy
a ja mogłem tarzać swoje czarne ciałko w białym puchu. Noworoczny spacer
jak zwykle w okolicach jeziora maltańskiego, które w tym sezonie nie ma
wody więc dumnie biegałem po dnie i wsadzałem swój nochal w wielkie
muszle.

Inne
osiągnięcie to przejście po lodzie prawie 5km po jeziorze w Rogoźnie,
nawet nie wiedziałem, że Aśka w dawnych czasach spędzała tu wakacje. I w
ten oto sposób zrobiło się baaaardzo sentymentalnie . hau hau

No
tak śnieg śniegiem ale powystawowa też trzeba. No to zaczęliśmy pięknie.
Pojechaliśmy na Słowacje do Trenczyna i zakończyliśmy kompletowanie
wniosków do Championa Słowacji. Podobno jaki początek roku takie i 12
miesięcy, a niech się sprawdza.

Ale mi
najbardziej podobał się pobyt w Międzygórzu. Cały dzień szalałem jak
dziki w ogromnej ilości śniegu. Chwilami nawet udało mi się siebie
samego zatracić i gdzieś zgubić

Niesamowite wrażenie robił wodospad, przy którym mieszkaliśmy, przyznam
się że nawet trochę się bałem więc minka niepewna.



Grudzień 2008 – rok wystawowy zakończyliśmy w
Austrii, pojechaliśmy do Wels. No i stało się zacząłem kompletować
wnioski na Championa kolejnego kraju.

Byłem
trochę niepocieszony, ponieważ sądziłem że będzie śnieg, a tu niestety
do fotek w plenerze przyszło mi pozować raczej w wiosennej atmosferze .

I tak
czekałem na ten śnieg na święta i się nie doczekałem, dlatego nasze
tegoroczne życzenia nosiły tytuł „Diego wybiega z zamieci śnieżnej „

Ale na
gwiazdkę dostałem nowego kumpla , nazwałem go po prostu łoś
J. Ma fajny kolor i przede
wszystkim piszczy gdy się nim zajmuję. Szkoda, że gwiazdka nie jest raz
w miesiącu.

Listopad 2008 – i tylko jeden występ w moim rodzinnym
mieście, ale w tym miesiącu hasło główne to „Goście , goście” a miejsce
to „Oberża pod dzwonkiem”. W sobotę Aśka zabawiła tam z Sabiną i Fuego.
A w domu odwiedziła mnie Gassira z Ewą i Marcinem. W niedzielę trochę
popracowałem ale i tak najważniejsi byli znajomi. Na wystawkę
przyjechała Tesska z rodzinką w komplecie.

Zdobyliśmy rezerwowego Caciba za którym i tak trzeba się było nieźle
nabiegać i wystać w spokoju .

Ale
ja się w Aśkę wpatruje ,wszystko płynie a moje czarne oczy ….

Aśka testowała strój biało czarny , ale jakaś mało
zadowolona była , jestem ciekawy co jej tam siedziało w tej blond głowie

Wieczorkiem razem z Gassirką poszaleliśmy
w okolicach starego rynku , oj gościliśmy się w knajpce do północy i
byliśmy grzeczniejsi niż dwunożni hau hau.Ale
forma mimo nocnych szaleństw wszystkim dopisywała .

Pokazałem Gassirce miejsce moich spacerów. Mieliśmy chwile szalonego
biegania.

Jak i
romantyczne momenty


I takie chwile wspominam najmilej.
Październik 2008 – główny cel tego miesiąca to stolica
Węgier, jedno z ulubionych miast Aśki Budapeszt, w którym odbywały się
od razu dwie wystawy Klubowa i Euro. Ale my najbardziej cieszyliśmy się
na łazęgowanie po mieście. Już tyle razy byłem w Budapeszcie ale zawsze
tylko wystawka i do domu a teraz zapowiadał się niezły dłuuuuugi
weekend.Już pierwszego dnia po przyjeździe udaliśmy się na zwiedzanie .
Załapaliśmy się zarówno na sesję dzienną i wieczorową porą: Widziałem
symbol Budapesztu Parlament
Słynny
Most Łańcuchowy
A na
końcu dotarliśmy do Baszty Rybackiej
Nie
mogłem sobie odpuścić okazji aby nie wypróbować kolejnego poidełka , w
kolejnej stolicy.
Wspomiałem o sesji wieczorowej, oto jej efekty
Po
takich wrażeniach trzeba było trochę się nabiegać i pobiegliśmy na
wystawę klubową.Na której nieźle mi się biegało, wygrałem klasę kończąc
tym samym kompletowanie wniosków na Show Championa (potrzeba aż 6 ) i
zdobywając tytuł Klubowego Championa Węgier. Ale byliśmy zadowoleni,
tylko po raz pierwszy organizacja madziarska zostawiła wiele do
życzenia. Warunki oświetleniowe na ringu były fatalne więc fotki są
jakie są, ale zawsze...

Z nowymi
zdobyczami i z Aśką w biało czarnej kreacji zrobiliśmy sobie pamiątkowe
foto na samym końcu wystawki.
Koszmar
pogodowy i organizacyjny dał o sobie znać w sobotę. Na ring dotarłem
totalnie mokry, szczególne podziękowania dla kierowcy autobusu , który
uraczył mnie fontanna wody . Ale co tam pamiętając sukces z piątku
byliśmy bardzo spokojni w tej stresującej sytuacji.Tym razem
zadowoliliśmy się oceną doskonałą.A popołudniu ciąg dalszy zwiedzania .
Szkoda
że te panie nie pożyczyły mi parasolek w drodze na wystawę
Najbardziej podobało mi się na Wyspie Małgorzaty, która tonęła w
jesiennych liściach i kasztanach gigantach. Biegałem jak zwariowany za
moją czerwoną piłką, którą Aśka przywiozła z Polski.

Wieczorem poznałem madziarskiego kumpla, który tak jak ja uwielbia piłki
. hau hau. Piłkarze wszystkich krajów łączcie się.
Najpiękniejsza pogoda trafiła nam się w niedzielę. Pojechaliśmy do
zaczarowanego miejsca czyli do Szentendre.
Najbardziej podobał mi się Dunaj, bardzo malowniczy w tym miejscu
Aśka
robiła mi sesje na tle uroczych drzwi

Przez
cały pobyt dwunożni popijali kultowego Tokaja, zajadali się madziarskimi
pysznościami , najczęściej ulubionymi langosami Aśki. I na koniec
wyprawy Aśka zaprowadziła nas tam gdzie langose są najsmaczniejsze i
smakują najlepiej.
Nawet ja
mogłem spróbować mniam mniam
Przy
pięknej słonecznej pogodzie nadszedł czas wracać do Polski, Szkoda Węgry
są naprawdę super.
W
październiku czekał nas jeszcze szybki wypad do Brna na krajówke. I
pojechaliśmy w naszej śmiechowej ekipie czyli z Agą, Przemem i Watkiem.
Hmmm jakby tu skwitować ten wyjazd. Przemo dobrze to określił „Trzeba
było zostać w Obornikach i…….” trallalala nasza kolejne tajemne hasło.
Zresztą zobaczcie sami jak się prezentowałem
A pan
sędzia uznał ze jestem za mało męski hahahaahh. Kto chce ten znajdzie
kto tam oceniał w każdym razie serdecznie odradzamy pewne osoby. A może
powinniśmy się cieszyć ze dostaliśmy ocenę doskonałą bo to co się działo
na tej wystawce wołało o pomstę do nieba.Mimo tego i tak w świetnych
humorach wracaliśmy do domu.
Wrzesień 2008 - wybraliśmy się razem z
Agą, Przemem i ich gromadką średnio-mini do Luksemburga. Droga choć
daleka upłynęła nam w super atmosferze, a motywem przewodnim było hasło
"Końcówka", ale czego to hasło dotyczyło to już nasza wyprawowa
tajemnica.:) Ilość psów w stosunku do ilości miejsca na halach pozostawiało
sporo do życzenia , ale nie zawsze jest kolorowo. Ważne że końcówka była
radosna i razem z Tess przywieźliśmy piękne puchary do naszej kolekcji.


A później Aśka pojechała sobie na wakacje

A ja siedziałem w domu i ambitnie czekałem, aż jej
pobyt na Sardynii dobiegnie końca.

Jestem trochę zazdrosny o flamingi, które bardzo jej
się spodobały i wskoczyły na zdjęcia zamiast mojej skromnej postaci, a
gdybym tak dorwał takie ptaszysko to pewnie jeszcze bardziej
rozłożyłyby swoje piórka.

Ale musicie przyznać, ze widoki na Korsyce były
wyśmienite, jestem ciekawy czy są tam jakieś wystawki.



Sierpień 2008 – znów trochę
powakacjowałem , odwiedziliśmy tereny nadmorskie, a konkretnie Sopot.
Złożyłem wizytę Miłce a przede wszystkim mojej koleżance z bałkańskich
wypraw Fancie. Jak sami zauważycie miałem mały gadżet na tylniej łapie,
czyli efekt mojego dzikiego biegania po poznańskiej łące. Z powodu suszy
bardzo uaktywniły się kłosy traw, które ambitnie upodobały sobie moje
łapy Musiałem chodzić w tzw. Kukiełce
aby nie wylizywać lekarstwa, a poza tym nic mi nie dokuczało i szalałem
na maksa. Niestety nie mogłem się kąpać w Bałtyku i czas mijał nam na
nadmorskich spacerach.

Najchętniej skoczyłbym z tego molo do morza….
Ale
zamiast tego byczyłem się jak prawdziwy kuracjusz w bardzo przyjaznej
dla czworonożnych knajpie Koliba
Przez moment nawet popływaliśmy
Aśka
wznosiła toast piwem z sokiem, chyba za ewentualne zwycięstwo na
Międzynarodowej Wystawie , która odbyła się następnego dnia…
A na
wystawce w super towarzystwie odniosłem swój kolejny sukces i dobiłem do
mojego konta kolejnego Caciba i Zwycięstwo Rasy. Tabliczki z tytułami
stanowią dłuższy rządek niż moje skromne ciało hau hau
A jako
wisienka na torcie; kolejny puchar do mojej kolekcji.

Lipiec 2008 – nareszcie trochę się pobyczyłem, w
końcu lato i wakacje więc kiedyś trzeba nadrobić zaległości.
Pojechaliśmy z Aśką do Koszalina, obkolędowaliśmy wszystkich możliwych
znajomych. Darek popracował trochę nad moją fryzurką, którą w
promieniach zachodzącego słońca ambitnie utopiłem w Bałtyku.

W
tym roku najnowsze trendy jakie zaprezentowałem na polskich plażach to
piaskowe dredy .

Najważniejsze, że zostawiłem ślad po sobie w moich rodzinnych okolicach.

Najbardziej podobała mi się zabawa z Łukaszem. Szalałem na całego , w
końcu trzeba wykorzystywać każdego ochotnika do dzikich zabaw.

Ale
najwięcej frajdy dała nam zabawa w teatr cieni. Aśka cierpliwie mi
tłumaczyła o co chodzi ….

…. A ja
pojąłem jak błyskawica w locie i oto efekty…



Szaleństwa szaleństwami, ale w niedzielę razem z moja starszą siostrą
Chingą dumnie jako drużyna interchampionów reprezentowaliśmy Flavago na
koszalińskiej wystawie psów. Zachowałem się jak prawdziwy psi gentelman
hau hau, wygrałem klasę championów a w myśl zasady „Panie mają
pierwszeństwo” dumnie obserwowałem jak Chinga wygrywa rasę , a na końcu
wystawy jeszcze namieszała w grupie drugiej. Hurrrra.



Tydzień później wybraliśmy się na Słowację, do Koszyc. Bardzo nam się
podobało. Super towarzystwo, piękne miejsce wystawy a przede wszystkim
kolejny sukces – wygrałem rasę, zdobyłem kolejny wniosek na Championa
Słowacji i tytuł Zwycięzca Słowacji 2008. Coś mam szczęście na zdobycze
u Słowaków – i oby tak trwało dalej. Przy okazji dziękujemy Joli i
Łukaszowi z Czartowego Pola za piękne fotki.



Jak sami
widzicie pięknie się prezentowałem, a powrót do Poznania mimo
straszliwych burz w okolicach Katowic był bardzo radosny.
Czerwiec 2008 – w tym miesiącu ruszyliśmy po raz
pierwszy rozeznać wystawy na Słowacji. Radość była tym większa, że nie
ograniczyliśmy się tylko do samych pokazów, ale trochę sobie
pozwiedzaliśmy kraj naszych południowych sąsiadów. Zaczęliśmy od pobytu
w Senec, gdzie odbywała się wystawa krajowa. Miejsce bardzo urokliwe nad
przepięknym jeziorem i tylko żałowałem, że Aśka nie pozwoliła mi
wskoczyć na małą kąpiel.


Mimo tego humor bardzo mi dopisywał , a
to przełożyło się na znakomity występ i wygranie całej rasy. A więc
słowo się rzekło będziemy kontynuować zdobycie Championatu Słowacji.
Po
raz pierwszy zdobyłem statuetkę w ulubionym kolorze Aśki.

Piękna pogoda i przemiłe towarzystwo sprawiło , ze
humory wszystkim dopisywały. Sporą grupą Polaków reprezentowaliśmy nasz
kraj na BIS – ach, czyli pokazach najlepszych.

Sami
popatrzcie jaka silna grupa sznauków z Polski ;)

Drugi
dzień to to co tygrysy lubią najbardziej, czyli zwiedzanie. Zespół
ludzki czyli Aśka i Iwona i druga grupa psia czyli ja i En Chou
zaopatrzeni w informacje z internetu, nawigację, mapy i przede wszystkim
rady i wskazówki personelu hotelowego udaliśmy się najpierw na
nitrzańską kalwarię.

Skąd
było doskonale widać całą panoramę Nitry.

Kolejnym punktem programu było przecudne miejsce 10km od Nitry - maleńki
kościółek z pierwszej połowy 11 wieku na wzgórzu lessowym.


Sami musicie przyznać że to cudowne i
magiczne miejsce. To są chwile i momenty , których się po prostu nie
zapomina. I ten cudowny zapach ziół achhhhh.
Aśka
wpadła w trans fotograficzny (ale ona to uwielbia hau hau) i w efekcie
kościółek został obfotografowany ze wszystkich stron, a ja służyłem jako
główny model.





Oczywiście nie obyło się bez przetestowania miejscowych patyków.:)

A nasza
ulubiona fotka pt. „Pełnia szczęścia„ wygląda tak:

Ale cudowne miejsce trzeba było opuścić i
udać się na dalsze zwiedzanie, tym razem cel stanowiło centrum Nitry z
głównym punktem Zamkiem Nitrzańskim.
Niestety czworonożnych nie wpuszczano bezpośrednio na zamek.

Ale
i tak zobaczyliśmy to co chcieliśmy robiąc od czasu do czasu przerwę na
lodowy tonik, który stał się hitem wyprawy.


Ja
przedstawiciel canis lupus familiaris wybrałem wodę bezpośrednio z fontanny, w
końcu zawsze testuję takie przybytki gdziekolwiek jestem.

Kolejny
dzień musiałem trochę popracować na ringu Międzynarodowej Wystawy Psów w
Nitrze połączonej z możliwością zdobycia Grand Prix Słowacji 2008.

Pokazałem co umiałem….

...
i wygrałem rasę, powiększając swoją kolekcję caców i cacibów – to już 13
kraj a przede wszystkim zostałem zdobywcą Grand Prix Słowacji 2008
otrzymując piękną niebieską rozetę.


Na
koniec jeszcze kolejny pucharek do naszej witrynki i w super nastrojach
pojechaliśmy do domu.


Jak
szaleć to szaleć ,a tradycyjnym czerwcowym szaleństwem jest nasze
Flavagowe spotkanie podczas weekendu w Lubieszynie i Szczecinie.
Na te
wystawy tradycyjnie przyjeżdża silna grupa pod wezwaniem z Niemiec,
podobnie było i w tym roku.
Zaczęliśmy od Lubieszyna, jako jedyny męski przedstawiciel Flavago
robiłem co mogłem aby nie dać „przysłowiowej„ plamy.



Efekt końcowy znamienity, trzeci rok z rzędu zostałem Zwycięzcą Rasy
Krajowej Wystawy Szaucerów.


Ale to
nie koniec super wiadomości, wszyscy mieliśmy ogromną satysfakcję i
rozpierała nas wielka radość gdy usłyszeliśmy słowa z ust pani sędziny
Małgorzaty Zakrzewskiej, „że cieszy się ze taka piękna stawka czarnych
średniaków to dorobek jednej polskiej hodowli„. Myślę , że Darek był z
nas wszystkich dumny.
Nasze
wspólne zdjęcie , które ja nazywam „Hurra Flavago górą”.Od lewej Fathia
Flavago- najlepsza suka w rasie, ja – czyli Don Diego Flavago- najlepszy
pies w rasie i zwycięzca rasy oraz Gassira Flavago- najlepszy junior w
rasie.

Wieczorem była tradycyjna sznaucerówka mniam mniam , szampany i super
nastroje.
A na
drugi dzień wystawa w Szczecinie. Znów dzielnie stawiliśmy czoła
niemieckiej konkurencji.

Emocje
były niesamowite i każdy kolejny szczebelek jaki osiągaliśmy to dla nas
wielka radość. Najpierw wygranie klasy championów, później zostałem
najpiękniejszym psem wystawy i zdobyłem kolejnego caciba do mojej
kolekcji.

Razem z
moim kolegą Fuego z Niemiec cieszyliśmy się jak szczeniaki hau hau

Następnie znów w asyście min. Gassiry biegaliśmy walcząc o rasę. Ależ
pięknie razem wyglądamy, modelowa z nas para hau hau.

I na koniec stało się wygrałem rasę , to
już czwarty BOB w tym miesiącu , czy można chcieć czegoś więcej. A
można….. Największą nagrodą dla nas jest przepiękny opis , który
otrzymaliśmy na tej wystawie. Pani Viva Maria Soleckyi Szpunar widziała
mnie następująco:
"W cudownej kondycji, o pięknej
głowie, doskonałej wielkości, każda partia jego ciała jest doskonała, ma
piękną górną linię, doskonale stawia kończyny tylne, zad szeroki, ma
piękny ogon, doskonała linia dolna, porusza się swobodnie."
Dla
takich chwil warto jeździć na wystawy.

Maj 2008 – w ramach przygotowań do mistrzostw Europy w
piłce łapkowej, dostałem nową futbolówkę od Cioci Irenki, ale super
zabawa….. Pełna forma kulista jest ok, ale …..
ja
zdecydowanie wolę formę lekko flakowatą. Z taką to dopiero można
poszaleć.

A na
dogrywkę podaję się w klimatach żółto- wiosennych.

W ramach
przygotowań do kolejnych wystaw przygotowaliśmy razem z Darkiem nową
kolekcję fryzur obowiązującą w sezonie 2008
J.
Mistrzowie trymerów, maszynek, grzebieni i nożyczek byli bardzo
zadowoleni z efektów swojej pracy, a przysłowiową wisienką na torcie
stało się pięknie zapozowane zdjęcie.

Na
dowód, że jestem mobilnym psem postawa z gatunku „do biegu gotowi start
„ hau hau.

I jedyna
wystawa na którą wybraliśmy się w maju to czeskie Litomerice. Aśka
trochę panikowała bo stawka była nie byle jaka i widziałem strach w jej
oczach hau hau, ale co tam poszliśmy na całość, a poza tym pamiętałem że
dzień wcześniej Aśka miała imieniny, więc wypadało zrobić jakąś miłą
niespodziewajkę.
Na
początek wygrałem więc klasę championów, czyli cel naszego przyjazdu
zdobycie caca został osiągnięty. Przyznam że trzeba się było sporo
nabiegać , aby wybiegać tak upragnioną nominację.

Później
przyszła kolej na porównanie zwycięzców klas. I posunąłem się o krok
dalej zostałem najlepszym psem i zdobyłem kolejnego caciba do mojej
wspaniałej kolekcji .

Ale jak
prezenty to prezenty, więc w porównaniu o zwycięstwo rasy także nie
dałem szans moim konkurentom i w ten oto sposób wygrałem wszystko co
było do zdobycia.
Radości
nie było końca moja kolekcja się znów powiększyła (może trzeba pomyślec
o zakupie większej witrynki na nagrody ?).
Na
koniec radosna sesja zwycięzców przy małym oczku wodnym i prezentacja
nagród.

Do domu wracaliśmy szczęśliwi choć bardzo
zmęczeni, ale co tam raz się żyje
J
Gdy my pokonywaliśmy kolejne kilometry do
Poznania w Koszalinie otwierał się szampan , nawet jakies bąbelki do nas
dolciały haha.
Kwiecień
2008 - odwiedziliśmy dwie wystawy. Pierwsza to Berlin, gdzie
dowiedzieliśmy się z karty ocen , że jestem psem na górnej granicy
wzostu, cokolwiekby to nie znaczyło widziałem, że Aśka była tym faktem
mocno rozbawiona. Zostwiamy to bez komentarza. hau hau.
Następnie
pojechaliśmy do Czech do Ostrawy. Mamy ambitny plan skończenia
Championatu tego kraju. Tym razem zadowoliliśmy się r.cacem, ale co tam
co się odwlecze to nie uciecze.Oj a gdzie się podział mój ogon?

Bawiliśmy
się jak zwykle znakomicie, próbowaliśmy znaleźć pracę w sklepie ze
straszydłami, ale nie wiem dlaczego nie chcieli nas zatrudnić. Ha ha,
tak bardzo się staraliśmy.:)

Marzec 2008
- cały miesiąc błogiego nic nierobienia, hau hau. Oczywiście poza
spacerami i bieganiem za piłką. Pogoda na dworze coraz piękniejsza, więc
coraz więcej czasu spędzam na świeżym powietrzu.



Luty 2008 – niniejszym ogłaszamy sezon wystaw 2008 za rozpoczęty. Hau
hau. Zaczęliśmy od wysokiej poprzeczki, a mianowicie pojechaliśmy do
Czech do Brna na wystawę międzynarodową. Cel był postawiony wysoko i nie
dotyczył mojej skromnej postaci tylko Gunara, ale o tym za chwilę. Ja
zabrałem się na doczepkę i w głowach kołatało nam gdzieś, że może
rozpoczniemy kompletowanie kolejnego championatu, tym razem Czech.
Prezentowałem się jak mogłem najlepiej….

….a
efektem tego jest mój pierwszy wniosek na Championa Pepików
.No,
nie ma co mówić ładnie zaczęliśmy nowy sezon wystawowy.

Aśka była mega
zadowolona

Ale jak już wam wspominałem, celem było
zakończenie Interchampionatu przez mojego berneńskiego kumpla Gunara. To
było wielkie wyzwanie i Aśka była lekko zdenerwowana, ale ona nie w
takich sytuacjach dawała sobie radę. W Brnie śmigała z Gunciem po ringu
jak błyskawica
, a dodatkowo niósł ich doping publiczności w tym także hodowczyni
Gunara. Konkurencja jak zwykle wśród Bernerów to kilkadziesiąt sztuk,
ale co tam. Ostatni Cacib potrzebny do tytyłu Interchampiona został
zdobyty i w ten oto sposób Aśka wybiegała kolejnego mistrza mistrzów –
ja byłem pierwszy hau hau.
No to na koniec
zbiorowa fotka , na której macie dwa Interchampiony , ale z nas super
grupa. Hau hau.
W znakomitych
nastrojach wracaliśmy do Polski, oczywiście w głowach już nam kołatała
myśl o kolejnej wystawie.
A kolejną wystawą była wystawa Championów
w Lesznie, wiecie taki zlot psiej śmietanki haha. Czyli poniżej
Championa nie schodzimy , Panie w pięknych kreacjach, Panowie w nowych
garniturach
. My spotkaliśmy się ze znajomymi, a poza tym wygraliśmy rasę i kolejny
puchar trafił do mojej psiej witrynki.

Niestety nie mamy
dokumentacji fotograficznej z ringu, ponieważ tym razem nie mieliśmy
obsługi technicznej i Aśka się nie rozdwoiła, ale zaraz po występie
wyglądałem tak….
Pogoda dała nam
pierwsze mocne słońce i po tym wyjeździe Aśka się rozchorowała, czy nie
może mieć takiej kondycji jak ja ?To
teraz po dwóch udanych występach mam luz do kwietnia, ale będę się
byczył
styczeń
2008- to tradycyjna statystyka naszych osiągnięć z roku 2007. Oj
działo się działo więcej i piękniej niż zakładaliśmy, a więc możemy znów
napisać o PAŚMIE SUKCESÓW , ale sami popatrzcie jak z nakładką
zrealizowaliśmy nasze plany i marzenia mniejsze i większe, a przy okazji
ile ciekawych przygód przeżyliśmy ile wspaniałych osób udało nam się
poznać i to będzie dla nas zawsze najważniejsze
Więc
tak:
* 22 000
kilometrów przejechaliśmy podróżując na wystawy polskie i zagraniczne
* 10
krajów odwiedziliśmy w czasie naszych wspólnych wypraw ( Białoruś,
Bułgaria, Czechy, Estonia, Litwa,
Niemcy, Polska, Rumunia, Ukraina, Węgry)
* 23
wystawy zaliczyliśmy w roku 2007 ,z tego 18 poza POlską, w
tym 13 z prawem przyznawania caciba ( 2 krajowe, 11 zagranicznych), 2
krajowe w Polsce,2 krajowe za granicą (Macedonia, Bułgaria) 4 klubowe (w
Niemczech, Estonii i na Węgrzech) , 1 championów w Polsce, a
najważniejszą było ISPU w Mladej Boleslav.
* 12 CACIBów w
8 państwach Europy to nasz wielki sukces (Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa,
Niemcy, Polska,Rumunia, Ukraina )
* 19 CACów z
10 państw europejskich (Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Macedonia, Niemcy, Polska,
Rumunia, Ukraina,
Węgry)
* 18 BOS
czyli tyle razy uznano mnie za najpiękniejszego psa na wystawie
* 16 BOB
czyli tyle razy zostałem okrzyknięty
Zwycięzcą Wystawy
* 23
sędziów z 14 państw miało okazję podziwiać i oceniać moją pracę i wygląd
na ringu
* 9 !!!
tytułów championa ( Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Macedonia,
NIemcy, Rumunia, Ukraina, Węgry ) to coś o czym nie myslelismy aż na
taką skalę zaczynając rok wystawowy 2007
* każdy
prestiżowy tytuł, miejsce na BISach, medal, rozetka
czy puchar to nagroda za naszą wspólną pracę
* i
najważniejszy sukces wystawowy to 3 miejsce na ISPU, takiej naszej
światowej klubówce hauuuuuu
Grudzień 2007 – święta święta i po świętach, a śniegu
który tak uwielbiam znów brak. Ale podobał mi się ten grudzień ponieważ
pod choinką znalazłem same pyszności i co najważniejsze Aśka miała wolne
i miała dla mnie więcej czasu. Tak to ja lubię.
Tradycyjnie złożyliśmy
wszystkim świąteczne życzenia i baaaardzo dziękujemy naszym Przyjaciołom
i Znajomym za wszystkie nadesłane kartki maile a nawet prezenty

listopad 2007 – okazał się kończącym wystawy miesiącem roku 2007, jakże
dla nas udanego. Pokazaliśmy się na wystawie w Poznaniu, jednak pomimo
świetnej prezentacji ……

coś nam się wydaje że nie było realnych szans na
sukces L. Ale i tak było
fajnie i zabawnie. Po pierwsze Aśka zmieniła fryzurę i nikt nie mógł jej
poznać. Hau hau czyżby chciała się zrobić na sznaucera . Czworonożni
mówili że to oznacza że za chwilę będziemy bogaci. A po drugie zebrała
się nas spora grupka Flavagowców. Dowód macie poniżej :od lewej moja
siorka Carmenka (ale ma latarki w oczach haha), El Passo czyli Dino ,
Gassira (fajna ta młoda, dobry kompan do zabaw), Gaucho, Frida (oj chyba
poczułem do niej coś więcej niż tylko psią przyjaźń , zresztą z
wzajemnością ) no i grupki z prawej flanki strzegę ja czyli Diego.

Sezon
wystawowy zakończyliśmy na Specjalistycznej Wystawie we Włocławku.
Zakończenie dokonane z duuużym przytupem z mojej strony – Wygrałem
wszystko , a co najważniejsze zrobiłem Aśce super prezent w dniu jej
urodzin.

Bardzo
podobała nam się organizacja i miejsce Hala Mistrzów- mhmmm to chyba coś
co do mnie pasuje na koniec tak wspaniałego sezonu. Aha Aśka zrobiła na
mnie test i wystawiała mnie bez żadnych przysmaków, a ja mimo duuuuużego
jak zwykle apetytu spisałem się doskonale.

październik 2007 – spędziłem w większości czasu
na psich beztroskich zabawach, w końcu wykazałem się we wrześniu, więc
trochę ulgi musi być. Ale bez wystaw się nie obyło. Plan był jeden i
bardzo konkretny, a mianowicie zakończenie Championatu Węgier, na który
jakby nie było trzeba sporo popracować. Ponieważ uwielbiamy atmosferę
imprez u Madziarów, mamy tam wielu znajomych, z którymi zawsze miło
spędzamy czas, nigdy nie pogardzimy tokajem i langosami wybór nie był
trudny jaki kraj wybrać na piękny jesienny weekend. Dzięki pomocy i w
towarzystwie Kuby od beagielków w znakomitych nastrojach ruszyliśmy do
Budapesztu na Klubową Wystawę o tytuł Jahressiegera 2007. Brakował nam
ostatni wniosek abym został Championem Węgier, a do tego wiedzieliśmy
mniej więcej jakiej konkurencji możemy się spodziewać. Bez trudu
wygrałem klasę championów i o tytuł Jahressiegera przyszło mi walczyć z
tegorocznym Zwycięzcą Europy Mr.Beanem Grand Calvera. I oto po raz
czwarty nasze zmagania zakończyły się sukcesem Polski. Wynik jest
piorunujący czyli 4:0 dla mnie czyli Dieguli. Hurra. Jak to zwykle na
Węgrzech bywa przywiozłem jeden z pieknych pucharów, które są zawsze
dopracowane w każdym szczególe i mnóstwo kolorowych wstążek. Piękna
pogoda, znakomite nastroje, kolejny championat, czyż można chcieć więcej
?

Prezentowałem się pięknie zarówno w czasie bezpośredniej oceny na
ringu…..

…..jak i w czasie specjalnej sesji dla zwycięzców.

Po raz
kolejny w znakomitych nastrojach wróciliśmy do domu a nasz sukces na
pewno dwunożni będą celebrować popijając jedno z ulubionych win Aśki.
wrzesień 2007 – to miesiąc wieeeelkich wyzwań. Przy
takiej liczbie tytułów i wspaniałym bilansie zwycięstw nie pozostało nam
nic innego jak mierzyć jeszcze wyżej. I wrzesień był kolejnym
sprawdzianem. Pojechaliśmy na najważniejszą dla wszystkich czworonożnych
i ich właścicieli wystawę, a mianowicie na ISPU (Międzynarodowa Unia
Pinczera i Sznaucera), która w tym roku odbywała się w Czechach w Mladej
Boleslav. ISPU organizuje wiele wystaw , ale zawsze tylko ta jedna w
roku zyskuje miano tej najważniejszej.
Zgłoszonych zostało 511 sznaucerów i pinczerów, w tym 62 sznaucery
średnie czarne. Aśka stwierdziła ze jak spadać to z duuużej wysokości i
zgłosiła mnie do klasy Championów. Oczekiwania były jasne: ocena
doskonała i nie odpaść przy pierwszej selekcji.:(
Pomarzyć
zawsze można, ale te nasze marzenia ustąpiły szybko miejsca lekkiemu
szokowi zaraz po otwarciu katalogu. Wśród 8 championów znalazły się
prawdziwe gwiazdy ringów. A ja znów byłem najmłodszy w stawce, a Aśka
znów nie miała wesołej miny przed występem.
Jednak
sprawdza się powiedzenie, że za marzenia nie karają więc……pokazałem
wszystko to co mogłem najlepszego i doprawiłem wspaniałym charakterem.
Sędzia z Holandii dłuuuuugo oglądał, dotykał i mieszał „grupę trzymającą
władzę” z „grupą bezlokatową”. Nasi dwunożni kibice do samego końca, tak
jak i my zresztą nie wiedzieli co się dzieje. I wreszcie wynik i znów
szczęście: a 3 miejsce to chyba sobie wykupiliśmy na najbardziej
prestiżowych imprezach, hau hau. Zostałem 3 championem najważniejszej w
tym roku wystawy ISPU. Radości nie było końca gdy czekaliśmy na wyniki
badań sierści (czy oby nie farbowana) i kartę z oceną. Sami zobaczcie
jak pięknie się prezentowałem….

…..i jak
wspaniale wyglądała tablica wyników, a mój szczęśliwy numerek to 271.
Po
powrocie do hotelu nareszcie dotarło do nas co się stało i że mamy
kolejny sukces na naszym koncie. Pierwsze co zrobiła Aśka to zabrała
mnie na dłuuuugi spacer, którego najfajniejszym punktem była zabawa z
piłką. Nareszcie mogłem uwolnić moje dzikie emocje.

Nic
dziwnego, że opuszczaliśmy jesienne Czechy w znakomitych nastrojach, a
przede wszystkim rozpierała nas wielka duma.
Po tak
świetnym wyniku Aśka dała mi trochę spokoju z wystawami we wrześniu, ale
ja i tak mocno trzymałem psie łapki za wystawę we Wrocławiu. Aśka
pojechała tam wraz z moim wielkim kumplem Gunerem. Cel był postawiony
bardzo wysoko, a liczba konkurentów wśród berneńczyków przyprawiała o
lekki zawrót głowy – 82 berneńskie psy pasterskie i co tu teraz zrobić
aby dobrze, a nawet najlepiej wypaść? Ale Aśka i Gu wiedzieli i wygrali
wszystko – całą rasę uff. Takie zwycięstwo robi wrażenie.


Nic
dziwnego, że i z tej wystawy wszyscy wracali w znakomitych nastrojach.

lipiec 2007 – to tylko jedno hasło – wakacje. Wystawy
też były, ale wypoczynek przede wszystkim. Ekipa wybrała się na tak
lubiane przez nas tereny bałkańskie – celem była Bułgaria.
Zapowiedź tego, jak interesujący był ten wyjazd pojawiła się już w
czasie przejazdu przez Rumunię. W Cluj Napoca odpoczywając sobie przy
fontannie…..

….obserwowaliśmy jakże typowe dla Rumunii obrazki:

Ale po
poprzednim pobycie w tym kraju, koń biegający swobodnie i samotnie po
bardzo ruchliwej ulicy nie był dla nas żadnym zaskoczeniem.
Chwilami
wydawało mi się, że jedziemy i jedziemy, a morza Czarnego ani widu, ani
słychu. Ale wreszcie przyszedł ten upragniony moment i dotarliśmy
najpierw do Kranieva – które było miejscem wystaw i od razu przyznam
się, że nie spodobało się nam ani odrobinę, jako miejsce ewentualnego
letniego wypoczynku. Na stałe zakotwiczyliśmy w kurorcie Albena – a co
tam też mam prawo pobyc sobie w jakimś słynnym miejscu.
Nasz
pierwszy spacer: oczywiście nad morze, gdzie od razu umoczyłem swoje
psie łapki. Jak widzicie niufki też nie pogardziły morską wodą i od razu
stworzyliśmy pierwszy tego lata psi rydwan.

Ale
najfajniejsze były zabawy z moją wodną piłką (pamiętacie Aśka kupiła mi
ją w ubiegłym roku). Teraz musiałem się bardzo starac, aby być lepszym
od niufków i zmuszony byłem stosowac przeróżne fortele, aby im uciekac
ze zdobyczą.

Grace częściej podejmowała wspólną zabawę, a ja z dumą mogę się
pochwalic, że to ja odważniej wskakiwałem w morskie fale i wybiegałem ze
zdobyczą na ląd.



Oczywiście sporadycznie bo sporadycznie, ale bywałem gentelmanem i
oddawałem inicjatywę damie.

Po
wyczerpujących zabawach w wodzie uwielbialiśmy wyłożyc się na ciepłym
piasku i oddawaliśmy się słodkiemu nic niezrobieniu.

Choc ja
mimo wszystko najchętniej patrolowałem okolicę i z wielkim
zainteresowaniem śledziłem wszystko co działo się w pobliżu.



Nasze
stadko było znane na plaży przez to jak aktywnie i odważnie bawiliśmy
się w wodzie. Jak zwykle wzbudzaliśmy niemałą sensację….

…..aż do
tego stopnia, że w czasie wieczornych spacerów dwunożni zaczepiali Aśkę
i pytali patrząc na mnie czy to ten sam pies, który jest taki „crazy for
water”. Ech co tam przecież odrobina szaleństwa musi czasem być, hau
hau.
Ale
szaleliśmy też w czasie wystaw, które odbywały się porą wieczorowo –
nocną, przy plaży w Kranievie. Zdarzało się, że czasem pokazywałem się
jeszcze z lekko wilgotną sierścią, ale jak już wspomniałem najważniejszy
był wypoczynek. A nasz bilans wystawowy : 4 wystawy (2 międzynarodowe, 2
krajowe ) i 4 całkowite wygrane – 4 razy zostałem zwycięzcą rasy. Moja
kolekcja championatów wzbogaciła się o trzy kolejne : Bułgarii,
Macedonii i Bałkanów.
Musicie
wybaczyc jakośc zdjęc, ale w nocnych klimatach i przy dużych
odległościach nie było dobrych warunków do fotografowania.

A
każdy Best In Show zaczynał się mniej więcej około godziny 23

W czasie
wystawy o championat Macedonii byłem nawet filmowany przez miejscową
telewizję.

Sesję
zdjęciową, powystawową zrobiliśmy sobie tym razem w piaskowych
klimatach.
Ratunku łapki mi się rozjeżdżają.


Nic
dziwnego że po takich sukcesach w znakomitych nastrojach spędzaliśmy
nasze wakacje w Albenie.

Ja
uwielbiam spacery brzegiem morza, więc kiedy plaża się wyludniała…..


….Aśka
pozwalała mi szalec nawet przy wschodzącym księżycu.

Nie
zapomnę dnia w którym odkryłem bojki w morzu. Na początku podchodziłem
do nich z pewną taką nieśmiałością…….

…..by za
chwilę przypuścic na nie atak.

Niestety
boje pozostawały niewzruszone.
Za
każdym razem , po wieczornym spacerze z żalem opuszczałem plażę.

Z
jeszcze większym żalem opuszczaliśmy samą Albenę i żegnaliśmy naszych
nowych znajomych, którzy mieszkali na naszym kempingu „dwa drzewa
dalej”. Pozdrawiamy Koszyce na Słowacji, hau hau.

A
Polska po raz kolejny wyjechała z Bałkanów z tarczą i sukcesami.

czerwiec
2007 – to miesiąc wspaniałych wspomnień w mojej psiej głowie. Nareszcie
spędziliśmy nasze pierwsze w tym roku dłuższe wakacje. Pojechaliśmy
razem z ekipą niufkową w gościnę do ekipy niufkowej na Łotwę. Powiem
krótko: tak chyba wyobrażam sobie raj, no może jeszcze z drzew powinny
zwisać psie przysmaki, ale przecież nie można mieć od razu wszystkiego.
Zauroczeni gościnnością i serdecznością Inty zawsze będziemy pamiętać
przecudnie spędzone chwile na Łotwie. Pomimo że byłem najmniejszym
psiakiem w stadzie ( nie licząc małych niufów ) dumnie sprawowałem
honory prawie gospodarza.

Ale
oczywiście palma pierwszeństwa należała się Belli i Kejsi.

A
najwięcej do powiedzenia miały maluchy, które rządziły i po prostu
rozbrajały wszystkich dwunożnych.

Nawet ja
czułem przed nimi respekt i często zastanawiałem się co znów wymyślą.

Otrzymałem od wszystkich nową ksywkę : „żywa igruszka” hmmm – no dobrze
niech już będzie.
Zapoznawałem się także z prawdziwą sztuką.....

....niestety Aśka zapomniała jak nazywa się autorka rzeźby.
Poza tym
czas mijał nam na kąpielach:

Pozowaniu do zdjęć na tle przepięknej przyrody (ach już teraz jestem
pewien, że jestem fotogeniczny ponad przeciętność hau hau ).




A
przede wszystkim na dzikich harcach i psich zabawach:

Mam nową
koleżankę landseerkę Frajdę, mieszka w Warszawie i już pierwszej nocy
przeprowadziła się do naszego pokoju. Najfajniejsze były nasze wspólne
zabawy. Nie musiałem jej długo prosić.....

....wystarczyło kilka przewrotek ( a to przecież moja tajna broń na
kobiety, jestem mistrzem w tej dziedzinie i niejedna się już na to
złapała)...

....i
już po chwili nadawaliśmy na tym samym poziomie.

Z
rozrzewnieniem będziemy wspominać rajskie chwile na Łotwie.

Ale
popracować też trzeba było. Opuściliśmy więc nasze przytulne łotewskie
gniazdko i udaliśmy się silną polsko – łotewską ekipą na wystawę do
Estonii , do Tallina. Tak daleko na północy Europy jeszcze nas nie było.
Naszym
cichym marzeniem było zakończenie kompletowania tytułów do uzyskania
Baltic Championa. Konkurencja była silna i czuliśmy się trochę jak na
wystawie gdzieś w Finlandii.
Ale ja
już pierwszego dnia pokazałem na co mnie stać i zostałem Championem
Estonii i tym samem Baltic Championem – po raz kolejny jestem pierwszym
psiakiem w swojej rasie w Polsce który uzyskał ten tytuł. Prezentowałem
się wspaniale....

i
przywiozłem oryginalną statuetkę i kolejne rozety do kolekcji.

A
Aśka po raz kolejny promieniała szczęściem.

Pamiętacie życzenia jakie otrzymaliśmy po marcowych sukcesach w
Berlinie: „Cohen śpiewał:”First we take Manhattan, than we take Berlin”
to wy możecie na odwrót: pakuj Diegusia i na Manhattan”....Słowo się
rzekło i zrobiliśmy wedle życzeń, z tą małą różnicą, że zamiast do
Nowego Jorku Aśka zabrała mnie do słonecznej Kalifornii do Hollywood –
może ktoś zatrudni mnie w jakimś filmie , ha ha.

Do domu
wróciliśmy pełni wrażeń i radości z wyprawy bałtyckiej. Ale w czerwcu
czekało nas jeszcze jedno wyzwanie, a mianowicie klubówka w Lubieszynie i
międzynarodówka w Szczecinie. Pojechaliśmy towarzysko aby spotkać się w
gronie Flavago. Mieliśmy obawy , ponieważ stawka była niesamowicie
silna (sąsiedzi zza Odry dopisali ), ale przecież ja jestem fighterem i
mimo tragicznej pogody pierwszego dnia (Aśka nawet zrezygnowała z
tradycyjnego czerwonego stroju).

I
przy zmiennej pogodzie drugiego dnia (czerwony garnitur został jednak
założony).

Dwukrotnie zostałem najpiękniejszym psem w
swojej rasie, zdobywając wszystko co było do zdobycia, pokonując
dwukrotnie świeżo upieczonego vice Zwycięzcę Europy. Szczególnie cieszy
nas uznanie w oczach
sędziego Zvi Kupferberga z Izraela, którego nikomu nie trzeba
przedstawiać. Hurra.
maj 2007
– maj minął nam szybko, mimo, że nie wyjeżdżaliśmy za wiele. Aśka
wybrała się do Łodzi – ja zostałem w domu. W Łodzi skutecznie kibicowała
mojej młodszej siostrze Fridzie Flavago, która wygrała całą rasę. Poza
tym szalała na ringu z Gunarem.

Nasz jedyny wyjazd, ale za to bardzo ważny
miał kierunek Berlin, a celem było zakończenie Championatu Niemiec, ale
po kolei....
Stolica
Niemiec przywitała nas okropną pogodą. Zwiedzanie rozpoczęliśmy w
ulewnym deszczu, ale dla mnie
nigdy za wiele H2O więc z utęsknieniem patrzyłem na co większe zbiorniki
wodne.

Jak
wiecie uwielbiam długie spacery, więc nie mogłem przegapić okazji aby
dokładnie obejść i obejrzeć sobie co ważniejsze miejsca w stolicy.



Mimo, że do tak dla mnie decydującej wystawy klubowej zostały godziny ja
relaksacyjnie zajmowałem się obgryzaniem patyka przed samym
Reichstagiem.


Aśka
była w siódmym niebie, gdy dotarliśmy do Sony Center. Nareszcie mogła
fotografować w stylu : „zgadnij co jest na zdjęciu”


Bardzo
podobało mi się traktowanie czworonożnych przez dwunożnych. Nie było
najmniejszego problemu aby grzecznie (i byłem grzeczny) posiedzieć sobie
w kawiarni, a podczas obiadu pani kelnerka od razu mnie zauważyła i
przyniosła czerwoną miskę z wodą. Ale ja jak to ja czasami bywam
przekorny i bardziej spodobała mi się specjalna studzienka z poidełkiem
dla zwierząt, które przetestowałem na Kuddamie.

Bardzo
miłe było także zainteresowanie zwykłych przechodniów, którzy zaczepiali
Aśkę i musiała udzielać „wywiadów” na mój temat. Hau hau.
Cóż
mogę stwierdzić.......lubię Berlin i to bardzo.

A w
niedzielę nota bene 13 maja po raz trzeci w tym roku wygrałem w stolicy
Niemiec i zostałem Championem tego kraju. Jestem tym samym pierwszym
psem w swojej rasie w Polsce, który może się poszczycić takim tytułem.
Champion z kraju pochodzenia rasy, jeden z trudniejszych do zdobycia, o
jaki walczyliśmy to jest coś. Wszyscy jesteśmy dumni i to jak.
Kwiecień 2007 – oj działo się działo. Jest to nasz rekordowy miesiąc pod
względem podróży i zdobytych championatów. Ale po kolei…..
Tegoroczne święta wielkanocne spędziliśmy na Białorusi. Mimo tylu
kilometrów dzielących nas od domu i prawdziwej zimy (śnieżyce dopisały
na 100 procent) nastrój mieliśmy zapewniony.

Choć
dwunożni byli przerażeni ilością śniegu, czworonożni mieli prawdziwy
biały raj. Już teraz wiem, że uwielbiam zabawy z niufkami i landseerami,
no może z wyjątkiem natarczywych maluchów, które zdobyły serce Aśki.

Pokazaliśmy się na dwóch wystawach w Mińsku i już po pierwszej z nich
wykonaliśmy „ponadnormę” – wygrałem wszystko i tym samym zostałem świeżo
upieczonym championem Białorusi.

Ale prawdziwe cuda
działy się w czasie niedzieli wielkanocnej. Ponownie okazałem się
najlepszy w swojej rasie, a na sam koniec wystawy zdobyłem 3 !!!!!!
miejsce w grupie drugiej BOG. Sama Aśka przyznała, że prezentowałem się
przepięknie , po prostu płynąłem po ringu honorowym. Gdy pani
Ramune Kazlauskaite
z
Litwy wybrała nas do finałowej ósemki już byliśmy szczęśliwi i nawet nie
słuchaliśmy specjalnie, kto zdobył miejsca „na pudle”, a tu nagle: „Trjetije
miesto, ciornyj mitelsznaucer” – przecież to my. Szczęście i odrobina
szoku naszego i sporej grupy kibiców, którym baaaaardzo dziękujemy za
doping. Na pierwszym miejscu znalazł się czarny terier rosyjski, który
często jest gwiazdą BISów, natomiast drugie miejsce przypadło
sznaucerowi olbrzymowi, który pierwszego dnia został okrzyknięty
najpiękniejszym psem wystawy. Ochom i achom nie było końca,
przywieźliśmy mnóstwo nagród, a wieczorem trwało świąteczne wielkanocne
świętowanie wraz z naszymi nowymi znajomymi z Mińska.


W drodze powrotnej odwiedziliśmy naszych przyjaciół na
Litwie i ich landseery. I tu znów spotkała nas śnieżyca, która
spowodowała że pod Wilnem zjedliśmy kolację wraz ze śniadaniem. Ja byłem
psiejsko zadowolony ponieważ dosłownie do północy szalałem z kumplami na
świeżutkim śniegu, a rankiem cóż trzeba było ruszyć do domu.

Jeszcze
dobrze nie ustawiliśmy naszych nagród w mojej witrynce, a już czekał nas
kolejny wyjazd, tym razem wypoczynkowo- wystawowy. Stała ekipa obrała
kierunek na Rumunię. Rozpoczęło się trochę pechowo – zamiast
przysłowiowej kawki mieliśmy wymuszony, ale jakże sympatyczny nocleg na
Słowacji. Ja byłem zachwycony ponieważ poznałem kolejnych czworonożnych
kumpli, poza tym Aśka zabierała mnie na fajowe spacery w doliny
otoczone słowackimi Tatrami. Szalałem, szalałem….

….a
właściwie szaleliśmy całym stadem.

Dzięki pomocy naszych
słowackich znajomych alternator został naprawiony w tempie
błyskawicznym, co zważywszy na właśnie rozpoczynający się weekend możemy
nazwać cudem. Ruszyliśmy więc z jednodniowym opóźnieniem do Rumunii.
Wszyscy zauważyli, że Bałkany przygotowały się na moją wizytę….Powitalne
tablice czekały w każdym węgierskim i rumuńskim mieście.

Przez awarię nie dojechaliśmy na czas na wystawę krajową
w Satu Mare więc bez rozgrzewki dane nam było pokazać się na
międzynarodówce w Baia Mare. Nasze psie trio ( niufek, hovavart i ja)
wypadło wspaniale i każdy z nas wywiózł wszystko co było do zdobycia.
Najbardziej cieszyliśmy się, że mój wielki kumpel niufek Gremlin
zakończył interchampionat. I oboje zostaliśmy Championami Rumunii.

Jednak
najciekawsze było miejsce wystawy nazywające się dumnie „Strand Expo”.
Okazało się, że jest to pływalnia miejska. Ja nie miałem tego szczęścia
i pokazywałem się na trawie, ale cała reszta biegała po dnie basenu.
Prawda, że wygląda to trochę jak na dnie słonego suchego jeziora…..

Szczęśliwi dzięki pomocy i gestykulacji autochtonów
udaliśmy się w podróż przez góry w góry Rumunii. Po drodze wypatrywałem
Draculi, ale chyba nie chciał się z nami spotkać. Mając na uwadze rozwój
intelektualno – poznawczy i ciekawość świata dwunożnych na dłużej
zatrzymaliśmy się w miejscowości Sapanta, słynnej z wesołego cmentarza,
rzeczywiście jedynego w swoim rodzaju.


Zostaliśmy
tam kilka dni gdyż okolica urzekła nas swoim pięknem i spokojem, a
ludzie niesamowitą wręcz otwartością i gościnnością. Słodkie nic nie
robienie, wycieczki po okolicy, słuchanie odgłosów przyrody, posiłki nad
potokiem….

……w którym
dość szybko utopiłem moją ulubioną piłkę, to było to co lubimy
najbardziej.
Z
sentymentem będę wspominać moją zabawkę, którą teraz mam już tylko na
zdjęciach.

Leniuchowanie łączyliśmy ze spacerami i zwiedzaniem najbliższej okolicy.
Stanowiliśmy nie lada atrakcję dla miejscowych, którzy ambitnie
przyjeżdżali oglądać Polaków z psami, a punktem kulminacyjnym była
zawsze sesja zdjęciowa.


Aśka próbowała utemperować moją rogatą duszę i
zaprowadziła mnie do monastyru….


…..ale na
niewiele się to zdało, ponieważ zaraz po wizycie otrzymałem nową ksywkę:
„Chicken killer” – nie moja wina, że jakaś ciekawska kura weszła na
teren naszego obozowiska. Wszystkie znane mi dotąd ptaszydła umiały
latać, a ona jedna nie. Przegoniłem ją i potarmosiłem trochę, biedaczka
uciekła, ale jak się później okazało straciła swoje ptasie życie. Nie
wiem może stres jakiś ją dopadł. Jestem tylko psem i nie wiem co to
znaczy 20 lei, które Aśka musiała zapłacić w ramach rekompensaty
właścicielce ptaszydła. Później słyszałem, że to jakieś 4 euro – eeee
drobnostka.Gremlin też nieźle wywijał rozkochując w sobie rumuńską
krowę, która z uporem krowiaka przychodziła do nas pod bramę i wydawała
z siebie przeraźliwe muuuuu, a raz nawet próbowała nas gonić po wiosce.

Inne przygody też się zdarzały: w czasie jednego ze
spacerów zniknęły nam klucze do przyczepy i dwunożni musieli robić
niezłe wygibasy…….

Jednym słowem Rumunia, a przede wszystkim jej mieszkańcy
urzekli nas . Wystarczyła chwila na zdjęcie i już za moment
otrzymywaliśmy zaproszenie do domu na kawę (kierowca) i śliwowicę (Aśka).
A jakie potem były wesołe nastroje w aucie, ho ho.

Mieliśmy nawet okazję poznać osobiście gwiazdę TV
Bukareszt. Aśka od razu zrobiła sobie zdjęcie , przecież taka okazja
może się już nie powtórzyć.


Niestety
szybko nadszedł moment gdy trzeba było opuścić jakże gościnną Rumunię i
przedostać się na Ukrainę, która ze swoją stolicą Kijowem była kolejnym
celem naszej wyprawy. Na granicy rumuńsko-ukraińskiej trzeba było
tradycyjnie pozałatwiać stosy formalności, odstawić mini show i zostawić
temu i owemu kilka euro na tzw. kawę.
A później to
już tylko szeroka, monotonna i nierówna droga do Kijowa.
Po drodze
trafiła nam się nie lada gratka, mimo zapadającego zmierzchu ochrona
wpuściła nas na teren historycznej twierdzy chocimskiej. Wrażenie było
niesamowite, monumentalne budowle, wijący się w dole Dniestr, ogromne
przestrzenie, cisza i my obserwujący jak nad miejscem wielkich bitew z
Turkami zapada zmierzch. Takich chwil się po prostu nie zapomina.


Ja z ciekawością zaglądałem do ukraińskich studni, które
były widoczne na każdym kroku.

Do Kijowa dotarliśmy w piątek po południu. Po
zainstalowaniu się na terenie wystawy pozostało nam czekać na sobotę i
pierwszą z dwóch wystaw. Wolny czas mijał nam na podziwianiu budynków
naszpikowanych symbolami z minionej epoki. Po prostu maxymalizm w całej
krasie.



W sobotę jak
się okazało najważniejszy był organizacyjny spokój i dobry podział
obowiązków, ponieważ załatwienie formalności wymagało nie lada
umiejętności. Zaopatrzeni w numerki i katalogi ruszyliśmy do akcji.
Akcja została zakończona wspaniale. Znów nasze psie trio zdobyło
wszystko. Jedną z nagród były zdjęcia dla zwycięzcy rasy, czyli także
dla mnie.

Bardzo
podobało nam się jak wszyscy Polacy sobie kibicowali, mieliśmy nawet
naszą flagę narodową. Dla mnie doping był bardzo ważny, ponieważ miałem
do pokonania pokaźną konkurencję. Nauczyłem się także że na komendę
„Dawaj dawaj” i klaskanie zaczynam wtórować szczekaniem, a to okazało
się niezwykle przydatne w czasie przekraczania granicy.
Wieczór
dwunożni uczcili pysznym winem, przywiezionym jeszcze z Rumunii, a w
niedzielę wszystko powtórzyło się jak w kalejdoskopie i znów wracaliśmy
z podniesionymi ogonami. A od Aśki w prezencie otrzymałem piłkę
identyczną jak tą jaką utopiłem w strumyku.

Do Polski
wracaliśmy w doskonałych nastrojach, a dzięki dubletowi na kijowskich
wystawach (najważniejszych na Ukrainie) zostałem Championem Ukrainy.
Wiecie co, mam już 18 cacibów z 9 państw. Uffffff. Chyba ustawiłem
konkurencji wysoko psią poprzeczkę.
Pozostało
nam już tylko przekroczyć granicę i trzeba było w tym celu użyć
wszystkich możliwych środków aby czas oczekiwania był minimalny. Fajnie,
że mamy taaaaaką wyobraźnię i mogliśmy liczyć na pomoc kijowskiej straży
pożarnej ( my wiemy o co chodzi), a nasze psie talenty wodno gruzowo
narkotykowe zrobiły wrażenie na pogranicznikach. A to są już nasze
ludzko-psie tajemnicze wspomnienia z tej podróży.
Podróżując
po Bałkanach zrobiliśmy aż 4000 km. Mogę się nazywać Don Diego
Globtroter.
Ten miesiąc
był wyjątkowy: 5 cacibów w trzech państwach, zakończone 3 championaty,
niezliczona ilość wspaniałych przygód. Czego można chcieć więcej?
marzec
2007 – rozpoczęliśmy sezon wystawowy, zresztą domagali się tego nasi
kibice, którzy nawet pomimo panującej grypy nie mogli doczekać się
naszego pojawienia na ringach. Dostaliśmy nawet wiersz od wielbiciela
napisany specjalnie dla nas:
„No tak,
są puchary i nagrody,
wiec
Twój Diego już gotowy.
Lecz
ja z dozą nieśmiałości,
...odrobiną ciekawości...
nawet skrytym wręcz pragnieniem,
...chorobowym przygnębieniem,
...pytam kiedy mej osobie [jeśli chcecie]
się
w komplecie pokażecie?”
Jestem
ciekawy kto tu był inspiracją do napisania tego eposu ?
Ponieważ
wszyscy którzy zawsze tak dzielnie trzymają za nas kciuki są dla nas
ważni nie trzeba było długo czekać na nasz występ.Więc
pojechaliśmy na Litwę do Wilna, a tam zrealizowaliśmy nasze pierwsze
marzenie na rok 2007. Zostałem Championem Litwy i z pięknym dyplomem i w
jeszcze piękniejszych nastrojach wracaliśmy z tak przyjaznego nam kraju.
I tylko żal było ze Cacib, który zdobyliśmy nie zakończył nam zdobywania
tytułu Interchampiona (do przepisowego roku brakowały nam tylko 2 dni),
ale jak to się mówi co się odwlecze to nie uciecze.....ale o tym za
chwilę. Na wileńskich ringach prezentowałem się wspaniale i szczególnie
ucieszyło nas uznanie w oczach pani Carmen Gil Polo z Hiszpanii.


Marcowej
tradycji stało się zadość i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w
Iławie u mojej siostry Carmenki. Dla mnie najfajniejszy był spacer w
prawdziwie wiosennej aurze i .... pierwsze tegoroczne umoczenie łapek w
jeziorze. Oczywiście jak zwykle pomęczyłem Miłka, który musiał sprostać
moim psim wymaganiom zabawowicza.



Po
tygodniu nasza przeogromna radość nie miała końca gdy w Katowicach
wygrałem dosłownie wszystko co było do wygrania ,ale najważniejszy był
Cacib, który zakończył naszą drogę do Interchampionatu. Hurra, w ten oto
sposób przez tydzień spełniły się nasze dwa ludzko-psie marzenia
dotyczące roku 2007. Zostałem Interkiem dokładnie w rok i tydzień w
wieku 30 miesięcy, to też pewnego rodzaju malutki rekord. Przez ten czas
zdobyłem 12 Cacibów w 6 krajach !!!!!!, może powinniśmy część wystawić
na allegro – przecież to
wystarczy do obdzielenia jeszcze dwóch psiaków. Dwunożni nie kryli
wzruszenia a ja byłem zadowolony, że na ringu mam godnego siebie
następcę czyli mojego półbraciszka Eduarda Flavago, który zdobył na
wystawie swoje pierwsze dorosłe cwc i r.caciba.Tak
prezentowaliśmy Flavagowców:


Do
Poznania wróciliśmy w doskonałych nastrojach i jeszcze chyba nie do
końca wierząc w to wszystko co się wspaniałego zdarzyło w tym miesiącu.
Z okazji Interchampionatu został zamrożony i odkorkowany prawdziwy
francuski szampan: „Tak smakuje szczęście!!!”

W marcu
podjęliśmy ponownie rękawice i pojechaliśmy do Niemiec, które zawsze
będą stanowić dla nas wyzwanie. W tym roku w Berlinie z okazji
jubileuszu wystawy międzynarodowej zorganizowano także klubówkę. Nie
omieszkaliśmy skorzystać z takiej okazji i pokazaliśmy się przepięknie
na obu wystawach, zdobywając wszystko co było do zdobycia. Dwa dni pod
rząd przy licznej konkurencji zostałem zwycięzcą rasy i przywiozłem cały
worek nominacji . Teraz jestem już o krok od zostania championem Niemiec
– tego tytułu w naszej rasie nie posiada żaden pies w Polsce. Zresztą
jak tak patrzę to jestem prekursorem w osiągnięciach w naszym kraju.
Nieskromnie stwierdzam że zostawiliśmy innych w tyle. W Berlinie
szczególnie podobało nam się dokładne i skrupulatne sędziowanie, a także
pewne innowacje, z którymi spotkaliśmy się po raz pierwszy np.: na
kartach ocen nie ujawniano nazwy psa , właściciela i hodowli. Cel
wiadomy a my uważamy, że to świetny pomysł. Bardzo podobają się nam
smsowe życzenia , jakie otrzymaliśmy po zdobyciu stolicy Niemiec :”Cohen
śpiewał: First we take Manhattan, than we take Berlin. To wy możecie na
odwrót: pakuj Diegusia i na Manhattan”. Raz jeszcze wielkie dzięki dla
tych wszystkich którzy za nas trzymali kciuki, kibicowali nam i do końca
wierzyli w powodzenie każdej z naszych wypraw.!!!!!

Jak sami
widzicie marzec 2007 to miesiąc naszych wielkich sukcesów na ringach
Polski i Europy. Czegóż można chcieć więcej.......
styczeń
2007- pozwólcie że na początku roku 2007 pobawimy się w statystyków, mój
wkład w analizy jest taki , że byłem grzeczny i nie przeszkadzałem Aśce
gdy spisywała, liczyła, dodawała i podsumowywała miniony rok, który
skrótowo możemy określić dwoma słowami: WIELKI SUKCES !!!
Więc
tak:
* 16 000
kilometrów przejechaliśmy podróżując na wystawy polskie i zagraniczne
* 6
krajów odwiedziliśmy w czasie naszych wspólnych wypraw ( Litwa, Łotwa,
Niemcy, Polska, Rosja, Węgry)
* 20
wystaw zaliczyliśmy w roku 2006 ( z tego 9 poza granicami Polski ), w
tym 14 z prawem przyznawania caciba ( 6 krajowych, 8 zagranicznych), 3
krajowe w Polsce, 2 klubowe (w Polsce i na Węgrzech) i oczywiście ta
jedna najważniejsza Światówka w Poznaniu.
* 10
CACIBów w 6 państwach Europy to nasz wielki sukces (Litwa, Łotwa,
Niemcy, Polska, Rosja, Węgry)
* 4
resCACIBy (Niemcy i Polska)
* 21
CACów z 6 państw europejskich (Litwa, Łotwa, Niemcy, Polska, Rosja,
Węgry)
* 15 BOS
czyli tyle razy uznano mnie za najpiękniejszego psa na wystawie
* 7 BOB
czyli szczęśliwa siódemka oznacza, że tyle razy zostałem okrzyknięty
Zwycięzcą Wystawy
* 18
sędziów z 10 państw miało okazję podziwiać i oceniać moją pracę i wygląd
na ringu
* 4
tytuły championa ( Polska, Łotwa, Rosja, RKF ) to coś o czym nie
marzyliśmy rozpoczynając rok wystawowy 2006
* każdy
prestiżowy tytuł, kwalifikacja na angielskiego Cruft’sa, medal, rozetka
czy puchar to nagroda za naszą wspólną pracę
* i
najważniejsi w naszej statystyce to nasi nowi i starsi przyjaciele i
znajomi, z całej Polski i Europy, którym dziękujemy za wspaniały doping,
trzymane kciuki, pomoc, świetną zabawę i towarzystwo.
Oby rok
2007 był jeszcze lepszy od poprzedniego.

Mój
zdobyczny inwentarz przeliczony mogę iść na spacer.
grudzień
2006 – zaczął się fajnie, okazało się, że Aśka miała odrobinę dłuższe
zwolnienie lekarskie niż przewidywaliśmy, a dla mnie oznaczało to jedno:
miała dla mnie więcej czasu.Nic dziwnego że rozbrykałem się troszkę
przed świętami. A na dodatek wszystkie łosie i renifery powychodziły z
zakamarków i szaf, ale raj.

I właśnie w reniferowym klimacie składaliśmy
wszystkim gwiazdkowe życzenia. Moje ubiegłoroczne spełniły się co do
joty, a nawet z wieeeelką dokładką. Na rok 2007 też już mam marzenia i
jak zwykle nie mówię głośno czego sobie życzymy, po prostu niech się
spełnia. Dodam tylko po cichutku: ”szczęścia by zawsze móc wygrywać, bo
wygrywanie najciekawsze” – tego sobie i wszystkim innym czworonożnym
życzę na cały nowy wystawowy rok.

Naszej domowej tradycji stało się zadość i święta spędzaliśmy bardzo
aktywnie, jak widać nic nie poszło mi w boczki i trzymam formę ponad
normę.

Ogromna szkoda, że jak dotąd prawdziwa zima nie dopisuje, ja tak
uwielbiam śnieg, a tymczasem mogę brodzić w jesiennych liściastych
klimatach.

listopad
2006 – i stało się nastał listopad, miesiąc w którym my czworonożni
mamy swoją psią olimpiadę czyli World Dog Show – Światową Wystawę Psów
Rasowych. Mam fajnie że tym razem organizatorem tej prestiżowej imprezy
jest moje miasto Poznań. Przynajmniej nie muszę nigdzie jechać, a
wszyscy przyjeżdżają do nas. W domu przybyło mi towarzystwa z rodzinki
Flavago. Stale jakiś ruch, Aśka biega i pomaga innym w organizacji życia
przed, w trakcie i po Światówce. Karuzela kręci się jak szalona i
dobrze... przynajmniej w tym całym zgiełku nie ma za dużo miejsca na
nerwy.
W dniu wystawy odczuwałem duuuże
poddenerwowanie dwunożnych, a więc co tam postanowiłem trochę rozładować
atmosferę w trakcie samej prezentacji mnie na ringu. Na początku
przesadziłem z luzem i naprawdę !!!! nieświadomie dałem Aśce w
przysłowiową kość. Nasi kibice, których sporo się zgromadziło z
niepokojem obserwowali moje „występy” i coś mi się zdaje że może nawet
zakładali się o wytrzymałość nerwową Aśki. Ale Aśka to jednak kobieta o
stalowych nerwach i udało jej się jakoś nade mną zapanować (a może w
jakiś cudowny sposób przemówić do mojego rozbrykanego tego wyjątkowego
dnia charakterku) i doprowadzić prezentację do jakże przeszczęśliwego
finału. Faktem jest, że na ringu pokazałem typowo sznaucerkowaty
charakter, na widok Pani Sędziny ogon kręcił się jak śmigło helikoptera
z prędkością światła, a od czasu do czasu wydobywałem z siebie
raaaadosne szczeknięcia.
Prezentacja trwała wyjątkowo długo, a na
pewno wpływ na to miała ilość konkurentów ( w sumie było nas 14). W
przeważającej większości to sławy międzynarodowych ringów, ze
wspaniałymi osiągnięciami, niektórzy to prawdziwe legendy, a wśród tych
wszystkich gwiazd znalazłem się ja - najmłodszy champion w całej stawce.
I stało się coś w co długo długo nie mogliśmy uwierzyć, a Aśka nawet nie
zauważyła że na ringu zostaliśmy tylko my i 3 inne championy . Miejsce
na lokacie to coś o czym cichutko sobie marzyliśmy, ale nigdy nie
myśleliśmy o spełnieniu tych marzeń, a tymczasem okazało się że nie dla
nas przeznaczona była tabliczka z numerkiem 4, na nas czekała TRÓJKA
!!!!!!!!!!!!!!!. Tak tak medalowa lokata w stawce 14 championów. Wielka
radość, szczęśliwość i uczucia, które trudno wyrazić słowami. Po prostu
sen przepiękny i nasz największy sukces. Nigdy nie sądziliśmy, że nasz
pierwszy medal w kolorze brązowym sprawi nam tyle radości. Jestem
trzecim championem świata, możecie mi teraz mówić Mistrzu, hau hau


Aśka musiała się ze mną nieźle natrudzić,
nabiegać....i choć początkowo nie wierzyła w to co się stało.....




......już za chwilę promieniała szczęściem.

Upust naszej wielkiej radości daliśmy na
stoisku mojej ulubionej karmy Purina, gdzie poczułem się jak prawdziwa
gwiazda, a szczekaniem przyciągałem uwagę publiczności. Musicie
przyznać, że pięknie się prezentujemy......



......a nasze zdjęcia można zatytułować:
Tak wygląda szczęście.


Oczywiście jako prawdziwy model po naradzie z Aśką, muszę trochę
powybrzydzać więc ......

......Panowie więcej wiatru proszę !!!!!

Po
sesji zdjęciowej skonsumowałem zasłużoną miskę pełną Puriny i udałem
się z dwunożnymi po prezenty dla Mistrzunia, czyli dla mnie. Hau hau to
lubię najbardziej.
Po wystawie zrobiliśmy w domu wielkie
świętowanie , drugą gwiazdą była Fathia Flavago moja młodsza siostra,
która na Światówce zdobyła pierwsze miejsce i zaszczytny tytuł
Najpiękniejsze Szczenię . Nawet mamy podobne medale, porównaliśmy je
sobie bardzo dokładnie. Oj działo się działo, a radości nie było końca.
Mimo sukcesu nie spoczęliśmy na laurach i
tydzień po naszej psiej olimpiadzie pojechaliśmy na północ Europy do
Rygi na wystawę Zooexpo. W trakcie podróży wymienialiśmy jeszcze
wrażenia po wystawie poznańskiej, ale przede wszystkim zastanawialiśmy
się jak nam pójdzie na Łotwie. Nasza silna grupa pod wezwaniem stanęła
na wysokości zadania. Pokazaliśmy na Łotwie 5 psów, a wróciliśmy z
potrójnym zwycięstwem rasy, cacibami i cacami, co na Łotwie oznacza
automatyczne zdobycie tytułu Champion Łotwy. W dwóch przypadkach
wywieźliśmy res.caciby. Wzajemnie sobie dopingowaliśmy i trzymaliśmy za
siebie psie łapki i człowiecze kciuki. Ja prezentowałem się wspaniale i
w ramach rekompensaty za światówkę zachowywałem się jak aniołek.......


Gunar też stworzył super duet z Aśka i
wygrał klasę championów otrzymując w porównaniu res.Caciba

A
niufki i landseer to już extraklasa, która uwielbia się pokazywać
szerokiej publiczności

W listopadzie przekonałem się jak
przewrotne są kobiety. Ponieważ aura sprzyjała była okazja do zamknięcia
sezonu ogrodowego. Odwiedziła mnie moja ogródkowa koleżanka buldożka
francuska Schila. Bardzo ją lubię jest wesoła, wszędzie jej pełno i
uwielbia mnie gonić.

Ja
staram się ją adorować i troszczę się aby niczego jej nie brakowało ale
dziewczyny uwielbiają nas trzymać na dystans i w niepewności....

....ale ja jestem prawdziwym gentelmanem i wiem jak im zawrócić w
głowach....

......poszeptam jej do uszka trochę czułych słówek.....

.........zrobię dla niepoznaki kilka przewrotek......

.......a ona w tym czasie perfidnie obgryzie uszka mojemu ukochanemu
tygryskowi.

październik 2006 – nareszcie trochę
luzujemy z wystawami, choć najważniejsza impreza w tym roku : Światówka
dopiero przed nami i coś mi się zdaje, że dwunożni są przerażeni jak
nigdy dotąd. Dobrze, że mój psi rozumek nie zdaje sobie do końca ze
wszystkiego sprawy i żyje własnymi sprawami. Fajnie że na dworze nie ma
już takiego upału, ale niestety dni są coraz krótsze i nie mogę spędzać
ich na ogrodzie, a spacery łąkowe uległy obcięciu o spacer wieczorny i w
związku z tym grzecznie chadzam po parkowych alejkach.
Ale co tam na ringu w październiku
poszalałem tylko raz, ale za to jak pięknie. W towarzystwie Darka
pojechaliśmy do Rostocku i możemy napisać Veni Vidi Vici. Ze stoickim
spokojem obejrzałem całą niemiecką konkurencję, z charakterystycznym dla
mnie pazurkiem pokazałem się na ringu i zdobyłem wszystko co było do
zdobycia. Ale największą frajdę sprawiły nam gratulacje i brawa za
przepiękną prezentację. Oj rzeczywiście Aśka pokazała mnie wspaniale. Do
Koszalina wracaliśmy szczęśliwi i nawet zmęczenie uciekło gdzieś w dal.
Szampanik został skonsumowany , o wrażenia proszę pytać dwunożnych.

wrzesień
2006 – po typowo wakacyjnym sierpniu przyszedł wrzesień i aż do teraz
nie mogę ogarnąć worka z sukcesami, który sypnął dla nas taaaaaką
obfitością. Nasza główna misja była skierowana na południe Europy i
nosiła kryptonim Węgry. Mogę zameldować o wykonaniu 1000% normy. Na
początku był Kecskemet. Najbardziej podobał mi się nasz kemping, na
którym w każdym domku mieszkały psy i psiarze – poznałem międzynarodowe
towarzystwo i mam teraz kumpli z różnych ras. Już wiem dlaczego Aśce tak
podobają się wyżły węgierskie. Dwunożni poznawali innych dwunożnych
(zaczęło się już w Krakowie) i zacieśniali przyjaźnie
polsko-węgiersko-serbsko-niemieckie. Ach, jak zwykle korzystaliśmy
kulinarnie i zajadaliśmy się typowo madziarskimi przysmakami. Langose
są przepyszne!

Przy
wspaniałej pogodzie, po bardzo dokładnych porównaniach (żeby tak
oceniano psy na każdej wystawie) zostałem dwukrotnym królem wśród psów ,
zdobywając dwa CACIBy i dwa wnioski na Championa Węgier. Ale najbardziej
ucieszyła nas kwalifikacja na prestiżową wystawę Cruft’s w Anglii.


Do
Polski wracaliśmy tylko na moment, ale za to w jakich nastrojach.
Poszaleliśmy jeszcze na wystawie w Zielonej Górze, a był to mój debiut w
klasie championów, który zakończył się zwycięstwem rasy, i dojściem do
ścisłego finału Best Of Group.



Stęsknieni za wspaniałą atmosferą na madziarskich ringach, mimo
zamieszek w stolicy Węgier, ponownie pojechaliśmy do ziemi Arpada. Tym
razem naszym celem było urokliwe Gyal pod Budapesztem, gdzie odbywała
się klubówka. Było wspaniale: mieszkaliśmy w okrągłym , pobielonym domku
krytym prawdziwą strzechą. Moim ulubionym miejscem był tzw. zapiecek.


Jak
zwykle integracja przebiegała bezproblemowo.

Doskonały nastrój przełożył się na wyniki. Zdobyłem dla Aśki tak przez
nią wymarzony tytuł Zwycięzca Klubu Węgier. Ale radocha. Dorzuciłem
kolejną nominację na championa Madziarów i pierwszą nominację ISPU. No i
puchar........chyba zmieści się w niego litr Tokaja.


W
czasie naszych podróży zatrzymaliśmy się na dłużej w Krakowie, by moim
czarnym spojrzeniem na Wisłę i Wawel ukoić moją rogatą duszyczkę.

sierpień
2006 – w sierpniu zapewniono mi bardzo wakacyjny nastrój. Czas upłynął
mi na spotkaniach z moimi kumplami. Z Majką i Elim znów bawiliśmy się w
leśnych tropicieli.


Z
Regisem szalałem na ogrodzie....


.....a także na gościnnych występach nad jeziorem w Rogowie. Łąka, las i
jezioro należały do nas, a nasza ulubiona zabawa to dwie czarne torpedy.






Na
nasz tajny psi, ogoniasty znak „Diabelskie rogi”....

.....udawaliśmy
się na naradę aby pogadać o sznaucerowatych sprawach.

A
później już tylko relaks i łapy, łapy cztery łapy, a na łapach pies
kudłaty.


Z
wystawami dali mi spokój. Wspaniale zaprezentowałem się w Sopocie
zdobywając CACIBa i dokładając się tym samym do sukcesu „Mafii Flavago”.
Po wystawie dwunożni, na czele z ojcem chrzestnym Darkiem naradzali się
we własnym gronie, a czarna sfora szalała w ulewnym deszczu gdzieś na
Kaszubach. Mam fajową młodszą siostrę Fayolę – jest tak samo postrzelona
jak ja.
lipiec 2006 – upał, upał i jeszcze raz upał. Dobrze że dwunożni myślą o
wychładzaniu mojego czarnego organizmu i tak organizują mi czas, że jest
miło, przyjemnie, a przede wszystkim mokro. Całe dnie spędzam na
ogrodzie a urządzenia nawadniające nie mają przede mną żadnych tajemnic.


W
sprawach wystawowych oj działo się i to na najwyższym szczeblu.
Zaliczyliśmy tylko jedną wystawę i jedną podróż ale za to jaką i z
jakimi efektami. Zaopatrzeni i posegregowani w teczki z niezbędnymi
dokumentami do przekroczenia granicy pojechaliśmy do Rosji do
Kaliningradu. Miasto wywarło na nas pozytywne wrażenia, a jeżeli chodzi
o szybką organizację wystawy to byliśmy odpowiednio ukierunkowani więc
duży szok nas ominął. Ale co tam liczy się to, że wygrałem rasę ,
zdobyłem Caciba, ale największą niespodzianką było wywalczenie od razu
dwóch championatów Rosji i Rosyjskiej Federacji Kynologicznej. Ten drugi
to niezła gratka a jednocześnie najmilsza niespodzianka całej wyprawy.
Do kompletu dorzuciłem puchar i rozetkę



Wyprawa lekko egzotyczna, ale będziemy
ją przemile wspominać, a przy okazji dziękujemy Wszystkim, Wszystkim,
Wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób byli naszymi dobrymi duchami tej
wyprawy. Ten sukces to nasza wspólna nagroda . A ja z mojej psiej strony
wysyłam w podzięce moje jakby nie spojrzeć baaaaardzo powłóczyste
spojrzenie. Czy te oczy mogą kłamac?

Z
nowości międzynarodowych otrzymaliśmy wyczekiwane członkostwo w
Węgierskim Klubie Pinczera i Sznaucera. Ale jestem dumny, chyba czas
nauczyć się szczekać po węgiersku. Swoją drogą jesteśmy pod wrażeniem
działalności klubu, ach żeby tak i u nas......
Wakacje spędziłem nad jeziorem w urokliwym Zbąszyniu. Szkoda, że takie
lato nie może trwać wiecznie. Buszowałem po okolicznych lasach, ale
najwięcej czasu zajmowała mi praca w wodzie. Swoją drogą jestem ciekawy
jak udało się Aśce schować przede mną taką fajną piłkę wodną. Podobno
była u nas w domu już od maja.




Dla
wszystkich zainteresowanych mogę zorganizować kurs pływania z
aportowaniem połączony z baletem w wodzie. Poniżej zamieszczam
podstawy......hau hau.






czerwiec 2006 –
zastanawiam się ile kilometrów pokonaliśmy podróżując w tym tak ważnym
dla nas miesiącu. Nie było lekko ale opłaciło się, wykonaliśmy założony
plan na 1000 % normy. Właśnie, a nikt nie przyznał mi tytułu psiego
przodownika. Na początku miesiąca pojechaliśmy na Węgry, które w
życiorysie Aśki stanowią bardzo ważny rozdział. Odwiedziliśmy Miskolc, a
przy okazji pokazałem się na pierwszej węgierskiej wystawie. Nie powiem
polubiłem ten kraj i już myślę o następnej podróży do ziemi Hunów. Na
wystawie wygrałem wszystko i przywiozłem fajne nagrody : piękny puchar,
wstążeczki i kolorowe sznurki, które od razu próbowałem skonsumować na
ringu. Poznałem madziarskich czworonożnych, a Aśka zacieśniła współpracę
w myśl przysłowia: „Polak Węgier dwa bratanki.....Magyar Lengyel két
jó barát.....”
Ogromna szkoda, że nikt nie wpuszczał psiaków na baseny termalne, tu
dwunożni mieli przewagę



W
drodze powrotnej mogłem poczuć atmosferę Krakowa, więc korzystaliśmy.
Zastanawiam się czy PKP nie powinno mi przyznać tytułu Honorowy i
Najgrzeczniejszy Pasażer. Mógłbym być świetną żywą reklamą np.:”PKP to
pociąg do sukcesu” hihi. Może Aśka powinna pomyśleć o tym poważnie. Tak
naprawdę to bardzo lubię podróżować ,a najbardziej właśnie pociągami.


Zaraz po wizycie na Węgrzech, czekała
nas ważna misja w Kaliszu. I udało się . Dokładnie w pół roku i jeden
dzień zakończyłem zdobywanie Championatu Polski. Jak widzicie po naszych
minach wracaliśmy niezmiernie szczęśliwi, że udało nam się zrealizować
najważniejszy cel tego roku, który mam nadzieję, przyniesie tylko
pozytywne następstwa w kolejnych miesiącach.



Ale wystawa w Kaliszu to także inne
sukcesy Aśki , o których muszę Wam powiedzieć. Zwycięstwo odniósł mój
kumpel Berneńczyk Gunaro, który razem z Aśką stworzył doskonały duet i
wygrał rasę a przede wszystkim zajął 3 miejsce w Best In Show II
Grupy.Byłem
pod wrażeniem a do domu wracaliśmy w doskonałych nastrojach.


Czerwiec wystawowo zamknęliśmy w
Lubieszynie i Szczecinie. Poszło nam znakomicie. Przywiozłem worek
tytułów, medali i statuetek. Na jednej z nich stoi szklany sznaucer,
który bardzo wpadł w oko wystawcom z Niemiec. Oczywiście wystawy to
doskonała okazja do spotkania z moja siostrą Chingą, z Kariną i Darkiem
oraz miłośnikami sznaucerów zza Odry.Nie
mogę pominąć kolejnego sukcesu duetu Aśka – Gunaro .Aż chce się wołać
duety do mety, hau hau. Gu zdobył CACIBA i został Championem Polski. Oj
będziemy świętować zakończenie w czerwcu dwóch championatów.


Odnoszę także sukcesy w całkiem innych dziedzinach psiego życia. Na
naszej łące udało mi się prawie upolować dorosłego bażanta. Co prawda w
ostatniej chwili ptaszysko uciekło, ale jakieś trofea pozostały na mojej
brodzie. Może powinniśmy się zastanowić nad próbami polowymi.....

maj 2006 - zobaczcie jaką
niespodziankę przygotowali dla mnie dwunożni, dostałem swoją pierwszą
prawdziwą piłkę do nogi, a właściwie do czterech łap. W końcu mam tyle
zwycięstw na swoim koncie, że należało mi się. Zabawa jest wyśmienita,
nawet zastanawiam się czy nie pojechać na mundial, ale może okazać się
że mój wysoki poziom bardzo odbiega od naszych piłkarzy i tylko im
wstydu narobię. W tajemnicy powiem Wam, że moje imię często (najczęściej
przez mężczyzn ) jest kojarzone ze słynnym Diego Armando . Don Diego
gola......


Ale nie samymi przyjemnościami pies żyje. Jedną majówkę spędziliśmy na
wystawie w Łodzi. Poznaliśmy wiele ciekawych osób, przede wszystkim nowe
grono Flavagowiczów - dziękujemy za prześliczne zdjęcia, których próbkę
za chwilę obejrzycie. Wystawa poszła nam i mojej siostrze Carmence
śpiewająco, a ja doskonale pracowałem z Aśką.





Takie efekty osiągamy przez zabawę i ćwiczenia, ja oczywiście wolę to
pierwsze ale jeżeli dwunożni się uprą to pokazuję się także z innej
strony.


Przed swoja pierwszą wystawą odwiedził mnie w celu postrzyżyn mój
młodszy brat Esteban vel Regis. Oj nie zazdrościłem mu strzyżenia
wolałem sobie hasać po zielonej trawce, ale juz po wszystkim szaleliśmy
wspólnie: niekończące się gonitwy i kręcenie szalonych kółek. Bardzo
trudno było zebrać cała gromadę do wspólnego zdjęcia.....hihi. Daliśmy
dwunożnym w kość. Jestem ciekawy czy wiecie kto jest kto?



kwiecień 2006 - kwiecień miesiącem r.CACIB- ów, takie
hasło obowiązuje w tym miesiącu. Zaczęliśmy z wysokiego c - pełni pokory
pojechaliśmy do Berlina, Aśka mówiła coś o "paszczy lwa". Jako Diego
przyznam, że było fajnie : tylu średnich czarnych i na takim poziomie
jeszcze nigdy nie spotkałem, a zaowocowało to całkiem nowymi fajnymi
znajomościami. Wszyscy myśleli, że jesteśmy ze Szwecji- to pewnie przez
ten blond - :), ale najważniejsze jak mi poszło, a poszło znakomicie,
wygrałem swoją klasę zdobywając nominacje na Championa Niemiec, a
później to już tylko biegaliśmy, biegaliśmy i biegaliśmy. Dobrze że Aśka
ma dobrą kondycję : w innym przypadku sam musiałbym wybiegać sobie
r-CACIBa, hihihi. ale jeszcze lepiej musiał biegać Miłek z moja siostrą
Carmenką , wybiegali sobie CACIB-a. Tak w ogóle wystawa berlińska to
całkiem inne aczkolwiek bardzo ciekawe doświadczenie. Zastanawiam się,
czy gdybym był yorkiem dostałbym w nagrodę psią sofkę za jakieś 300 euro
??? Ale ja jestem sznaucerem z temperamentem i dostałem super piłkę,
która stała się moim ulubionym gadżetem spacerowym.
Najważniejsze, że na dobre rozpoczęliśmy sezon
ogrodowy, nareszcie będę się w pełni delektował świeżym powietrzem i
przebywał na dworze po kilka godzin dziennie. Choć na drzewach jeszcze
nie ma za liści ja juz jestem szczęśliwy.



Dobry humor pobudza
umysły i mam dla wszystkich zagadkę: co to jest, proszę patrzeć na
zdjęcie poniżej:.........

Odpowiedź: oto moja ulubiona relaksacyjna poza na tak
zwaną żabę, tylko nie rozumiem dlaczego ludzie śmieją sie gdy tak
leżę......pewnie mi zazdroszczą.

W tym miesiącu przyszedł także czas na całkiem poważne
sprawy: zostałem poddany prześwietleniu na dysplazję biodrową, każdy
szanujący się kawaler powinien mieć takiego asa w rękawie. I ja już mam
: moi rodzice przekazali mi super geny, a efekt to najlepszy wynik
badania HD-A. Oczekiwanie na wynik było odrobinę nerwowe, ale
najbardziej dwunożni denerwowali się gdy odpływałem w krainę psich snów,
śniło mi się że.........nie powiem co, bo to tajemnica psiego umysłu.
Bardzo fajnie spędziłem czas gdy odwiedził mnie mój młodszy brat Regis,
nareszcie ma już dłuższe łapy i możemy się gonić z prędkością światła.
Jestem ciekawy kto był bardziej zmęczony ja czy on. hihi.



Wspominałem Wam że kwiecień to miesiąc r-CABIB-ów. Jak
wspaniale się zaczął tak wspaniale się skończył. na wystawie
międzynarodowej w Opolu wygrałem swoją klasę, zdobywając kolejną
nominację na Championa Polski i drugiego w tym miesiącu r- CACIB-a.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem jaki wspaniały prezent dostanę od Aśki za
to jaki jestem kochany, ale o niespodziance dowiecie się w maju.

marzec 2006 - marzec miesiącem CACIB-ów - oto moje
najnowsze hasło. Ale od początku ......zaczęło się od tego, że dostałem
własny w pełni europejski paszport, nawet gwiazdki unijne są hau hau. A
to oznacza że po raz pierwszy wyjechałem za granicę. Pojechaliśmy silną
grupą pod wezwaniem "sznaucery" na Litwę do Wilna. Ekipę stanowili
Carmenowicze, na czele z moją siostrą Carmenką i Diegowicze pod moim
przewodnictwem. Podróż minęła szybko i od razu zdążyliśmy zapoznać się z
litewska policiją i mogliśmy wykorzystać nowo poznany zwrot laba diena
(dla niewtajemniczonych dzień dobry).

Wilno powitało nas śniegiem, a my od razu udaliśmy się
pod Ostrą Bramę i na pierwszy rozpoznawczy spacer. Dwa kolejne dni
upłynęły nam na wystawianiu swoich wdzięków, oglądaniu miasta i
poznawania meandrów litewskiej kuchni (ach te bliny, cepeliny, kołduny
mniam mniam).


Wystawianie poszło znakomicie. Zdradzę Wam, że Aśka do
dziś nie wierzy w te nasze sukcesy. Zdobyłem dwie nominacje na
interchampiona, dwie na championa Litwy, wspaniałe tytuły Zwycięzca
Litwy i Zdobywca Pucharu Wilna. Jako zdobycz przywiozłem dwa puchary i
dwie kolorowe rozetki. Bardzo ucieszyło nas uznanie zdobyte w oczach
sędziego z Rosji, który jakby nie było stworzył rosyjskie pieprzaki pana
E.Yerusalimskiego.


Ach nie mogę zapomnieć o mojej nowej koleżance Azie,
która jak nikt strzegła naszego wileńskiego lokum. Uwielbiałem bawić się
z nią w świeżutkim śniegu.

I tak pełni wrażeń powróciliśmy z naszej pierwszej i
mam nadzieję nie ostatniej zagranicznej wyprawy. Jeszcze trochę czasu
spędziłem w mieście Carmenki i w glorii chwały wróciłem do Poznania.



Chyba było mi mało tych zaszczytów i na koniec
miesiąca poszalałem jeszcze w Katowicach, zdobywając 3 w tym miesiącu i
w moim diegulowatym życiu CACIB. A za to że zostałem najpiękniejszym
psem, dostałem piękny puchar - podoba mi się najbardziej z mojego
zbioru. Teraz z niecierpliwością czekam na dalsze wyzwania i wyprawy.

[do góry]
luty 2006- dużo się działo w tym miesiącu zakochanych,
dopadła mnie strzała psiego amora i często miewałem humory
nieszczęśliwie zakochanego, nie interesowała mnie pełna miska ani moje
ulubione zabawki, ale potrafiłem wziąć się w garść i stanąłem na
wysokości zadania w czasie walentynkowej wystawy w Bydgoszczy: wygrałem
rasę i tak udanie rozpoczęliśmy sezon wystawowy. Razem z moją siostrą
Carmenką umówiliśmy się na następne wyjazdy. Zdradzę Wam tajemnicę, że
tym razem pojedziemy znacznie dalej.
Krótki, przepełniony miłosnymi uniesieniami luty, zakończył się
wspaniałym , jeszcze w zimowej aurze, spacerem z moimi ulubionymi
kumplami Majką i Elim.



[do góry]
styczeń 2006 - i znalazłem się w roku 2006 , jestem
ciekawy jaki będzie , rozpoczął się fantastycznie od noworocznego
spaceru po zimowym lesie: jak zwykle szalałem i wszędzie było mnie
pełno. Poza tym obiecałem sobie i Aśce, że........ ale tego
Wam nie zdradzę, niech pozostanie moja czarna psia tajemnica.


[do góry]
grudzień 2005 - czekam na śnieg. Jestem chyba yetisznaucerem ;).
A od początku grudnia ciężka praca: czas zacząć działać w starszych
klasach. I tak pojechaliśmy do Legionowa. Tam spotkałem się z moja
rodzoną siostrą Carmenką. Oj chyba czeka nas niejedna wspólna podróż.
Oboje zaprezentowaliśmy się wspaniale i rozpoczęliśmy marsz po tytuł
Championa Polski. A ja po raz pierwszy (i mam nadzieje nie ostatni)
wygrałem rasę wygrywając z niepokonanym dotąd Heartbreakerem i Funny
Trill z Rosji. "Wiec warto mieć marzenia doczekać ich spełnienia"
tralalalala.

Nic dziwnego że święta były baaardzo radosne, a w
psiej skarpecie znalazło się to i owo.

[do góry]
listopad 2005 - rozpoczął się nerwowo. Aśka na
pewno się denerwowała w czasie międzynarodowej wystawy w Poznaniu. Tylu
znajomych, nawet Karina i Darek przyjechali nam pokibicować i podtrzymać
na duchu też. hihi. "I jak tu dobrze nie wypaść" pomyślałem i zrobiłem
co trzeba, a wiec zdobyłem dla hodowli Flavago tytuł Młodzieżowy
Zwycięzca Polski. Sami musicie przyznać ze pięknie pracowałem.

A po wystawie poznałem mojego młodszego brata Regisa.
Fajnie, bo mieszka w Poznaniu i już zaplanowaliśmy sobie wspólne spacery
i odwiedziny, tylko dlaczego jest jeszcze taaaaki mały?
[do góry]
październik 2005 - szkoła , szkoła , szkoła,
ale po szkole często jeździmy (już w powiększonym o filkę Elego stadku)
na długie spacery do jesiennego lasu. Dogadujemy się świetnie choć
czasem razem z Majka uciekamy smarkaczowi , który jest za mały aby nas
dogonić.


[do góry]
wrzesień 2005- przy pięknej pogodzie czas mijał
mi na ogrodzie, a zabawa była przerywana ćwiczeniami



Pod koniec miesiąca wraz z moim kolegą, chow chowkiem
Eskiem, pojechaliśmy na wystawę do Wrocławia. Poszło nam znakomicie :
kolejny tytuł Zwycięzca Młodzieży i tylko żal ze jeszcze jestem za mały
na inne klasy.
Jeszcze zaczęła się szkoła. Nie jest lekko. Trzy razy w tygodniu i tak
aż do grudnia. Chodzę do jednej klasy z Majką i moim przedszkolnym
kumplem Bazylem . Nadal bawimy się jak szczeniaki, tylko czasu na zabawy
jest coraz mniej.

[do góry]
lipiec 2005 - w tym miesiącu mogę o sobie powiedzieć
pies podróżnik. Cześć moich psich wakacji spędziłem w lesie nad jeziorem
w Boruji. Uwielbiam las, kocham wodę i nawet namówiłem Majkę na wspólne
pluskanie.


Po raz pierwszy odwiedziłem stolice i wystąpiłem w
klasie młodzieży na wystawie międzynarodowej. Do domu wracaliśmy
baaaardzo dumni z pierwszym tytułem Zwycięzca Młodzieży , a przede
wszystkim cieszyło nas uznanie zdobyte w oczach sędziny pani Rity
Trainin z Izraela, która jak nikt zna się na sznaucerach.
Okazało się, że to dopiero początek: po dwóch tygodniach uzbieraliśmy
juz wszystkie nominacje i zostałem Młodzieżowym Championem Polski.
Szczęśliwie okazało się moje rodzinne miasto Koszalin, gdzie zdobyłem
podwójny tytuł , piękny puchar, a przede wszystkim dwunożni mieli wielka
radość. Co tam tytuły - ja moje szczęście pokazywałem na plaży.

[do góry]
maj 2005 - i zaczęło się, teraz wiem co to
wystawa. Byłem na mojej pierwszej w Bydgoszczy. Wystartowałem w klasie
szczeniąt i wypadłem znakomicie. W nagrodę dostałem góóóóre przysmaków.
Dostałem swoja pierwsza "wybitnie obiecującą" i jeszcze nigdy nie
widziałem tyle czworonogów w jednym miejscu.


A pod koniec maja zdobyłem mój drugi i ostatni
szczenięcy tytuł, tym razem w Lesznie. Pojechaliśmy tam razem z Darkiem
i Chingą. Wyprawa okazała się dla nas wszystkich bardzo udana .
W ogóle to maj był super: łąka cala zielona, można się chować w trawach
i bawić z Majka w chowanego.



[do góry]
kwiecień 2005 - przeżyłem moje pierwsze fachowe
postrzyżyny. Odbyły się u Kariny i Darka w Koszalinie. Oj trudno mi było
wytrzymać w bezruchu gdy obok do zabawy zachęcały mnie trzy urocze
sznaucerki. Darek wykazał się cierpliwością i nareszcie mogę się
zaprezentować w pełnej krasie.

Odwiedziny w Koszalinie były niezapomniane: spacery
nad morzem , w czasie których, Leszek - mój ojciec chrzestny -
obdarzony talentem fotograficznym, miał pole do popisu.

[do góry]
styczeń 2005- Aśka pojechała sobie na narty, a
ja zaczynam chodzić do psiego przedszkola. W przedszkolu fajnie jest....
uczę się jak być dobrym i mądrym psem towarzyszem. Jestem bardzo bystry
i szybko się uczę, nie lubię czekać na maruderów. Aha i jestem wrażliwym
dominantem....hihi. Ale najfajniejsze są zabawy i mój nowy kumpel Bazyl:
chart irlandzki wilczarz (ale duuuuży jest!). Choć bardzo różnimy się
wielkością, rozumiemy się doskonale.

[do góry]
grudzień 2004 - hurra zaczynam poznawać świat,
ale jest biały, czy tak będzie już zawsze...? Uwielbiam spacery - na
jednym z nich poznałem Majkę. Jesteśmy na podobnym poziomie rozwoju i
świetnie się rozumiemy. Może to przyjaźń na cale psie życie?

[do góry]
listopad 2004 - zastanawiam się czy nie zostać gwiazda? z takimi
oczami....., no tak ale aby być sławnym trzeba się trochę natrudzić i
napracować. Słyszałem ze ćwiczenie czyni mistrza....więc razem z Aśka
ćwiczymy,


a po udanych ćwiczeniach czeka mnie chwila przyjemności

[do góry]
październik 2004 - myślałem, że
całe życie spędzę nad morzem a tu pewnego dnia przyjechała Aśka ze
swoimi przyjaciółmi Anią i Leszkiem, którzy automatycznie zostali moimi
rodzicami chrzestnymi :) i zabrała mnie do Poznania. Przez 30 sekund
piszczałem w niebogłosy, gdy ulica Słowików znikała za naszymi plecami,
ale później było już fajnie. I tak znalazłem się w Poznaniu. Nareszcie
mam własną miskę i górę zabawek. Z nikim nie muszę się już
dzielić. A poza tym często przychodzą do mnie goście i przynoszą
prezenty.



[do góry]
wrzesień
2004 - spotkanie Bagusi i Tommy'ego było pełne namiętności i
zaowocowało dziewięcioma czarnuszkami. Jednym z dziewięciu wspaniałych
jestem ja Diego.

[do góry]