Mój pamiętnik

[wrzesień 04] [październik 04] [listopad 04] [grudzień 04] [styczeń 05] [kwiecień 05] [maj 05] [lipiec 05] [wrzesień 05] [październik 05] [listopad 05] [grudzień 05] [styczeń 06] [luty 06] [marzec 06] [kwiecień 06] [maj 06] [czerwiec 06] [lipiec 06] [sierpień 06] [wrzesień 06] [październik 06] [listopad 06] [grudzień 06] [styczeń 07] [luty 07] [marzec 07] [kwiecień 07] [maj 07] [czerwiec 07]

 

 

 

Czerwiec 2014 - w tym miesiącu skończyła sie dla Bazylka zabawa w Babyiki i Puppiki a rozpoczęła się bardziej prestiżowa rywalizacja. Po raz pierwszy w klasie młodzieży i to od razu na wystawie międzynarodowej w Lesznie. Bazula stanęła na wysokości zadania i zdobyła pierwszy element (najważniejszy bo z międzynarodówki) do tytułu Młodzieżowy Champion Polski.

a po wystawie na lotnisku, wsród traw i wiatru doskonalił swoje umiejętności.

po tygodniu wizyta na wystawie w Kaliszu, powórka sukcesów i ze spokojem mozna zrobić przerwę od wystaw na czas lata.

oczywiście czas na zabawy też był:)

w Szczecinie druga Diegusiowa córa Modenka Flavago wywalczyla wszystkie tytuły w rasie. i tatusia znów duma rozpiera.

 

Maj 2014 - Bazyli pierwszy raz świadomie zobaczył i poczuł wielką wodę czyli morze.Dziwiło go jak to jest ze woda się ciągle rusza i chyba najpewniej czuł się przy Aśce.

Poza tym często przesiaduje na tarasie wypatrując swojej koleżanki Santy.

poza tym była piękna pogoda i spędzalismy dużo czasu na ogrodzie.uczyłem młodego jak korzystać z węża ogrodowego.

poza tym zapoznałem Bazyla z faktem, że Frisbiee służy bardziej do chwytania niż gryzienia.

 

Kwiecień 2014 - Bazylek pojechał na klubówkę do Legionowa i wrócił z lokatą 2- w oczach Pana Sędziego był za długi. My chyba nie lubimy tej wystawy :)

mhhhmmmm muszę sobie w spokoju przemyśleć  moje długości :)

 

zadumanie szybko poszło w las, gdy w Inowrocławiu zostałem wyróźnoniny na Best in Show Puppy zajmując 3 lokatę ;) i mój nowy puchar.

i jeszcze wspaniałe wieści z Opola gdize  Diegusiowa córa Era "Malaga Flavago" wygrała rasę pokonując baaaardzo silną stawkę. Gratulujemy!!!

 

Marzec 2014 - Bazlek pojechał na wystawę do Berlina do kraju pochodzenia rasy i przywiózł ocenę wybitnie obiecujący.

 

Luty 2014 - kilka obrazków z życia Bazyliszka:)

sznaucer buszujący w uprawach :)

sznaucer potargany :)

sznaucer tańczący z patykami :)

Bazylek zamyślony :)

Styczeń 2014 - nowy rok rozpoczęliśmy wspaniałym spacerem. Młody nawet szybko biega :) a piłka najczęściej należała do mnie, w końcu jestem starszy.

a zaraz na początku stycznia Bazylek pojechał na swoją pierwszą wystawę do Mielna. Pani sędzina uznała,że super rokuje a najbardziej podobały się jego oczka:) co ważniejsze nauki ze szkoły  dawały fajne rezultaty

polubić te wystawy czy nie polubić, zostać championem czy nie????

i na końcu radośc wielka bo moja córcia Era "Malaga Flavago" wygrała rasę i zajęła 4 miejsce na Best in Show. Dumny jestem bardzo.

w miedzyczasie Bazylek cały czas się uczył :) tak prezentował się w wieku 5 miesięcy:)

 

na koniec stycznia Bazylek pojechał na miedzynarodówkę do Głogowa i poszałał. zajął 2 miejsce w konkurencji Best in Show Baby, ale jestem z niego dumny. Przywiózł pierwszy puchar i pierwszą rozetę.

ale sami zobaczcie jak pięknie pokazywał sie w ringu honorowym:

Grudzień 2013 - sznaucer czekający na zimę wygląda tak:

a wieku 17 tygodni nadal ma dużo futerka :)

Bazyliszek dzielnie idzie w moje ślady  i został zapisany do psiego przedszkola. Najfajniejsze są zabawy z innymi czworonożnymi, tym bardziej, że Bazyl jest jednym z mniejszych i najszybciej ucieka:)

Chyba oboje czyli Diego i Bazyl byliśmy grzeczni bo dostalismy fajne paczki pod choinkę:

a poza tym w iście anielski sposób złożyliśmy wszystkim  życzenia Wesołych Świąt:)

Listopad 2013 - Bazylek cały czas poznaje świat. Chyba będzie lubił patyki.

w wieku 11 tygodni prezentuje się ot tak w całej krasie:

Jestem ciekawy czy jak byłem w jego wieku to też wyglądałem jak mała małpka???

Takie niewninne minki na pewno potrafiłem robić:)

I pamiętam, że dwunożni lubili mnie miziać. Teraz niech się młody męczy hahha.

Poza tym Bazyli po wystawie psów w Poznaniu dostał przenośny domek i zadomowił sie w nim tak:

a jego ulubioną zabawką stał sie Ciastuś, który mimo wielu akcji zszywania, nadal ma się dobrze :)

Poza tym jestem dumny z mojej córci Ery "Malagi Flavago", która zdobywając cwc na wystawie w Poznaniu rozpoczęła dorosły  Championat Polski  :)

a tymczasem Bazyli w pogodę i w niepogodę zwiedza okoliczne łąki;

nawet próbuje już ładnie sie ustawiać, tu w wieku 14 tygodni :)

już nawet na stole ćwiczy - skąd ja to znam mhmmmm. tu w wieku 15 tygodni.

Bazylek jest poza tym typowym sznaukowym dzieckiem : raz prawdziwy aniołeczek:

a za chwilę zmienia się w czarnego diabełka:

aha od razu przedstawię Wam Pusię czyli kotkę syberyjską - współlokatorkę Bazylka. Czują do siebie miętę, czasem piją z jednej miski ale najczęściej urządzają sobie dzikie gonitwy po domu.

 

Październik 2013 - No tak i nadeszła wielka chwila zmiany psiej wystawowej warty :) Ja Don Diego Flavago uroczyście oświadczam, że zostawiam bieganie na ringach psiej młodzieży. Razem z Aśką przeżyliśmy niesamowite chwile na ringach całej Europy. Mamy co wspominać w długie zimowe wieczory. Mój psi umysłek nie jest w stanie zliczyć moich sukcesów, pucharów, rozet, medali.....bo i po co? Ważne że zawsze było fajnie, ekscytująco i czasem nawet nerwowo. Wystawa w Zielonej Górze to ostatnia w mojej pięknej karierze, teraz leżę sobie i myślę o pisch przyjemnościach psiego emeryta :) Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki, towarzyszom naszych podróży, wszystkim którzy w jakikolwiek sposób nam pomagali gdy coś szło nie tak. A sędziom z całego świata dziekujemy za uznanie, konstruktywne uwagi i przede wszystkim za docenienie mojego charakteru i urody :)

Ale się sentymentalnie zrobiło, a tu przyszła młodość.....czyli  pewnego dnia przyjechał Bazyli czyli Nomad Flavago !!!!!!!!!! czyżby mój wystawowy następca ????? no na pewno mój kumpel :) choć jest taki mały, śmieszny  i jeszcze gapciowaty to na pewno uroczy. Gdy  przyjechał do domu to wyglądał tak:

Słodki prawda???? Najsłodszy jest jak śpi wygląda wtedy jak mały aniołek :)

Spójrzcie jakie ma małe słodkie łapki :) Hmmm chyba ja kiedyś też takie miałem.

a nosiu jakiś taki  wielki :)

Fajnie myślę że te oczka mówią, że będziemy kumplami :)

Nasz pierwszy wspólny spacer wyglądał tak :

Najlepiej się bawiłem gdy uciekałem młodemu z piłką:)

Ale później oddałem mu ją we władanie :)

Poza tym odkryłem że inaczej patrzymy na świat.

Świat 10 tygodniowego Bazyla .....

Poza tym relaks dla psa

 

 

Wrzesień 2013 - rodzinnie pojechaliśmy na wystawę 2 grupy FCI do Zielonej Góry i wróciliśmy z sukcesami. Ja dzielnie biegałem .....

pięknie pozowałem......

i na końcu na Best in Show Weteranów zaszalałem......

W tym czasie moja córcia Era "Malaga Flavago" zakończyła Młodzieżowy CHampionat Polski. Świeżo upieczony Champion Junior wygląda tak:

nic więc dziwnego, że do domu wracaliśmy w super nastrojach

 

Czerwiec 2013 - jak zwykle wystawowy. Rozpoczęliśmy  od Leszna. I najlepszy weteran w rasie to ja .

I nasz ulubiony weekend nad morzem, czyli Lubieszyn i Szczecin. W Lubieszynie zaszalałem na maksa i zostałem najpiękniejszym weteranem wystawy, ale fajny duży puchar do kolekcji :). Zaczyna mi się podobać bycie starszym  panem - same zaszczyty i komplementy.

Ale i tak najfajniej było dwie godziny po wystawie. Szczęśliwi, zadowoleni, a ja pięknie wyfryzowany udaliśmy się nad Bałtyk, na plażę w urokliwej Wisełce. Było super......kąpiele wodne i piaskowe.....

siłowanie się z dwunożnymi........

.... było także podziwanie bezkresu plaży.....

....ale przede wszystkim biegałem z jednej strony  w drugą z moją ulubioną piłką.

ale wszystko co dobre kiedyś się kończy i trzeba było opuścić plażę i udać się do Szczecina ,gdzie na wystawie międzynarodowej zostałem najpiękniejszym  weteranem w rasie.

 

 

Maj 2013 - hurra jedziemy na wakacje, przy okazji pokazując się na Wystawie światowej w Budapeszczie. Ale przed światówką był cacibówka, gdzie zdobyłem nominację na championa weteranów Węgier czyli CaC Weteran.

No i sama światówka na której zdobyłem tytył vice Zwycięzca Świata Weteranów. Kolejny tytuł do kolekcji. hau hau

Ale wspominałem o wakacjach w Budapeszcie, uwielbiamy to miasto.Oto widok z uliczki na której mieszkaliśmy...

Pięknie prawda??? Często spacerowaliśmy nad brzegiem Dunaju.

Najbardziej podobały mi się znikające fontanny, które znaleźliśmy przypadkowo.W ciepłe dni dawały super ochłodę.

Jedno z naszych ulubionych miejsc to baszty rybackie i pobliskie uliczki.

Myślałem o wstąpieniu do armii węgierskiej........

Pamiętacie już kiedyś poznałem tego psiaka i jego panią. Dziś wpadłem z szybką wizytą.

Na Vaci Ut poznałem nowych psich znajomych, ale mają nudno, cały czas w jednym miejscu.

Chociaż byliśmy w krainie gulaszu to przez cały pobyt zaspokajaliśmy nasze kulinarne gusta w rewelacyjnej greckiej tawernie. Jedzenie i smaki jak w Grecji.Ja za każdym razem byłem obsługiwany jako pierwszy - miska z wodą. Jak  kiedyś będziecie w Budapeszcie i traficie pod ten adres nie wahajcie się i porzućcie zupę gulaszową

Kwiecień 2013 - jako towarzysz mojej córci Malagi (Ery) pojechałem do Inowrocławia, gdzie w pierwszych promieniach słońca witaliśmy wystawową wiosnę.

Jak widzicie niedaleko pada jabłko od jabłoni i Era zna wartość psich przysmaków.

 

Styczeń 2013- już dawno nie byliśmy zimą na wystawie, ale powód był znaczący aby pojechac do Głogowa. Była to pierwsza wystawa w klasie Baby dla moich dzieci: Malagi Flavago i Mustafy Flavago. Poszło im znakomicie oboje otrzymali ocenę wielce obiecującą a najważniejsze że im się podobało na takiej imprezie. Nieskromnie wspomnę tylko coś na swój temat : zdobyłem BOB Weteranów i zająłem drugie miejsce w finałowym Best in Show Weteran.

Listopad 2012 - odwiedziła mnie moja córcia Malaga Flavago czyli Era. Ojej jaka ona jest śmieszna, jeszcze jakaś taka mała i biega jak szalona.

Ale nadszedł moment, że zapragnęła mnie poznać w bezruchu....

Jestem ciekawy czy poznaje swojego tatusia......

Październik 2012 - poza wakacjami to także podwójna wystawa w Poznaniu. Pierwszego dnia zdobyłem Best of Breed Weteranów.....

a drugiego dołożyłem nowy tytuł czyli Zwycięzca Polski Weteranów 2012

Dołożyłem jeszcze Best of Breed Weteranów na Klubówce w Legionowie.

 

Wrzesień/Październik 2012 - czas wakacji hurra. jak zwykle połączyliśmy wypoczynek z wyjazdami wystawowymi. Przed nami kierunek Rumunia i główny cel Wystawa Europejska. Podsumowanie wyjazdu jest jedno : było suuuuuper. Cele zrealizowane ze sporą nadwyżką.Zaczęliśmy od Targu Mures. W każdym  mieście Rumunii witała nas charakterystyczna wilczyca.

Pierwsza wystawa i od razu pełen sukces. Zdobyłem wszystko wygrywając rasę i zdobywając kolejnego Caciba. Było to chyba najszybsze ocenianie w mojej karierze, ale powodem był upał, który przedłużył nam lato na dwa tygodnie.

Wystawy w Targu odbywały się pod patronatem samego Draculi. Myślę, że mam z nim coś wspólnego - oboje lubimy czarny kolor hahha. Zobaczcie jakie mieliśmy fajne  numerki startowe: draculsko stylowe. Ale ja nie mam takich czerwonych pazurków.

No to teraz czas na chwalnie się. Po drugiej wystawie zostałem Championem Rumunii Cum Laude. Poza tym był to mój ostatni występ w klasie Championów. W końcu mam już skończone 8 latek, ale na wystawki  będę nadal jeździł jako zasłużony weteran. Championy zakończylem z tarczą : wygrywając rasę i zdobywając 37 Caciba.ufffff. i wiem, że tyle dwunożnych jest ze mnie dumnych, Aśka  najbardziej.

Za zdobycie tytułu Champion Romania Cum Laude otrzmałem piękną rozetę

Po bieganiu na ringu zasłużyliśmy sobie na relaks. Zwiedzanie zaczęliśmy od Sighisoary. Pięknego miasta, w ktrórym urodził się Vlad Dracula. a ja dzielnie podążałem jego śladami. Wszyscy staraliśmy się zrobić miny godne hrabiego .

Sami popatrzcie jaka piękna jest Rumunia....

Następny punk programu to urolkliwy Brasov. Dłużej zatrzymaliśmy się na przepięknym rynku i korzystaliśmy z uroków fontanny.

Jeszcze muszę wspomnieć o moim towarzyszu podróży. Oto ja i Carlo - Spinone Italiano, którego raz dziennie uwielbiałem wyprowadzać z  psiej równowagi. A nasi Państwo uwielbiają spędzać razem czas.

W Rumunii dwunożni często  zaglądali do przepięknych, maleńkich , urokliwych , pachnących kadzidłami cerkwi. Pierwsza na jaką trafiliśmy to ukryta w bramie na rynku  w Brasovie.

Tajemnicze miejsce w Brasovie to według autochtonów najwęższa uliczka Europy, której potęgi obawiał się sam Nikolae Ceausescu. Oj nie jesteśmy do końca przekonani, czy to rzeczywiście wąskie gardło Europy.

Naszym kolejnym celem było Ploesti i kolejna wystawa - dla mnie wyjątkowa ponieważ zadebiutowałem jako weteran. i pierwszy sukces ośmiolatka : pierwszy certyfikat na Championa Weteranów Rumunii a do tego wygrana rasa. Niezły debiut jak na emeryta, haha. Sędziował nas przemiły Pan Miguel Angel Martinez z dalekiej Argentyny.

A w oczekiwaniu na pierwszy występ w Bukareszcie poznawaliśmy piękną Rumunię. Sinaia z przepięknymi pałacami jak z bajki i cudownymi ogrodami po prostu zapierała dech w ludzkich i psich płucach. Sami popatrzcie:

Zdążyłem się zapoznać z miejscowymi czworonogami......

......próbowałem wpaść z wizytą do  króla Michała, ale akurat nie było go w domu.

Odwiedziłem też posiadłość Draculi czyli zamek Bran, niestety Vlad też gdzieś wyjechał.

I nadszedł dzień gdy ruszyliśmy do Bukaresztu po jak się okazało kolejne sukcesy. Zostałem Championem Rumunii Weteranów i Zwycięzcą Weteranów Bukaresztu. Oj to już drugi championat jaki przywiozę z rumuńskich wojaży

Ale nie samymi wystawami psy i ludzie żyją. dla rozluźnienia dzień przed Euro zeszliśmy Bukareszt piechotą i ta wycieczka  zostawiła w nas niesamowite wrażenia. Bukareszt to miasto niesamowitych stylowych knajpek, które swoim charakterem przypominają poludniowe miasteczka.....

......Bukareszt chwilami przypomniał Aśce portową Portugalię.....

......to miasto w którym nowoczesność współgra z historią.....

.....to miasto które można pomylić z Mediolanem lub Paryżem....

i oczywiście cerkwie, cerkwie i cerkwie, malutkie, przytulone do budynków i zyjące własnym życiem.

Staraliśmy sie maksymalnie wpasować w  klimat miasta i upodobnić do jego mieszkańców.

Nie mogliśmy nie zobaczyć drugiego co do wielkości budynku użyteczności publicznej na świecie, obecnie mieści się tu min. Parlament, a kiedyś szalał tu Nicolae C. Budynek przeogromny, nie zdołałem go objąć moim psim umysłem.

Ale nie samym zwiedzaniem się żyje i czasem trzeba coś zjeść. My wybraliśmy się do słynnego zajazdu dla karawan Hanul Manuc. Wszyscy próbowali typowo rumuńskich  gołabków i mamałygi, która już nie za bardzo pasowała mojemu sznaucerkowatemu podniebieniu.

I wreszcie nadszedł dzień wystawy Europejskiej. już dawno nie czuliśmy takich emocji. Niby plan został zrealizowany z nawiązką ale brakowało jeszcze tej przysłowiowej wisienki na torcie. Sędziowała nas Pani z Belgii Monique v. Brempt. Słyszeliśmy , że to dokładna i konkretna sędzina. Potwierdzamy . a dla nas wspaniałym wyróżnieniem były komplementy mojego włosa. no ma się tą klasę hau hau. i w ten oto sposób 6 października zostałaem Zwycięzcą Europy Weteranów 2012. Hurrra cieszymy się niesamowicie , wracamy z tarczą i mamy niesamowite wspomnienia.

Ale to nie koniec wisienek tego wspaniałego dnia. W finałowych pokazach Best in Show zostałem wybrany do Siódemki najlepszych weteranów Europy. Uwielbiam takie wielkie ring, światła i duuuużo publiczności.

 

Lipiec 2012 - i stało się: 19 lipca powitaliśmy na świecie moje ( tzn. nasze z Hebanitą )dzieci. Postaraliśmy się, że aż miło , ponieważ jest to aż 11 małych Diegusiów - Krecików. Mam teraz 4 synków i 7 córeczek. Już po dwóch dniach od ich narodzin pojechaliśmy je zobaczyć. Wzruszająca chwila, są zdrowe, najcudowniejsze i jeszcze nie wiem czy bardzo do mnie podobne. Mają cudne różowe języczki i słodkie łapki. Prawie cały czas śpią i wyglądają jakby się do wszystkich uśmiechały.

Przy okazji odwiedzin maluchów pokazałem się na podwójnej wystawie w Koszalinie. Dwa razy zostałem BOSsem , czyli najlepszym psem w rasie. Popatrzcie na krótką relację:

Ale najfajniej było gdy po wystawie pojechaliśmy na plażę nad morze. Ale mam kondycję, szalałem w piasku prawie 5 godzin i ciągle nie miałem dosyć.

Nad morzem uwielbiam się przeciągać......

........robić dziwne pozy........

..........i oczywiście uwielbiam dręczyć patyki.

Poza tym bywam latającym sznaucerem......

Ogólnie szczekając :szczęśliwy sznaucer to taki cały ubabrany w piachu, najlepiej morskim.

Oczywiście nie zapomniałem zostawić kilku  śladów na brzegu Bałtyku.

Od czasu do czasu relaksowałem się u Aśki na tarasie, takie Spa dla Psa.

Czerwiec 2012 - nasza pierwsza wystawa w tym roku to Leszno. Głównym powodem była osoba sędziego pana Chrisa Hancocka z Irlandii. Bylismy bardzo ciekawi jak zostanę odebrany i oceniony przez wyspiarza. Patrząc na stawki zgłoszonych psów można chyba stwierdzić, że co niektórzy raczej sie wystraszyli, ale my działamy w myśl zasady "do odważnych świat należy". i pojechaliśmy, pobiegaliśmy, daliśmy się dokładnie obejrzeć. Gdy Pan Sędzia sprawdzał moje proporcje i zwrócił uwagę na moje mięśnie byłem mega zadowolony, choć nie dokońca zrozumiałem słowa po angielsku "It's nice for you boy"

Jednego możemy być pewni : razem z całą resztą odważnych byliśmy bardzo zadowoleni ze sposobu sędziowania, atmosfery i profesjonalizmu Pana Sędziego. Polecamy. A tak na marginiesie to na koniec pochwalę się tylko, że wygrałem rasę i zdobyłem swojego 35 Caciba.

 

Grudzień 2011- zaczęliśmy przygotowania do świąt od tradycyjnego wysyłania życzeń, które w tym sezonie wyglądały  tak:

ale dla mnie najbardziej liczyły sie prezenty które czekały na mnie pod choinką. Dostałem piękną matę pod moje miski, jak widać stylowa i designerska :) ale dla mnie najlepsze znajdowało się w wielkim psim cukierku, niestety gdy czytacie te słowa to zawartość jest już tylko smakowitym wspomnieniem.

Październik 2011 - jak jesień to tradycyjnie wystawy w Poznaniu, od razu dwie. No i się popisałem. Ładnie pracowałem na ringu......

i rozpocząłem od Caciba....

a skończyłem na Zwycięstwie Rasy, ale fajnie.

Drugiego dnia po raz pierwszy w mojej karierze zostałem Zwycięzcą Polski - takim prawdziwym dorosłym, a poza tym wpadł mi kolejny Cacib do kolekcji.

 

Wrzesień 2011 - było super, sami popatrzcie jak wariowałem nad jeziorem w Lusowie. Dla psa takiego jak ja taki dzień to po prostu nic dodać nic ująć : Aśka, słońce, duuużo wody, nowa pływająca zabawka, ech to się nazywa pieskie życie.

Nawet poznałem nową koleżankę Labladorkę, z którą razem ścigaliśmy się do piłki tenisowej.

Lipiec 2011 -po raz pierwszy w moich wystawowych pdróżach zawitaliśmy do Gorzowa Wielkopolskiego. Skusiła nas odległość i to co najczęściej nas motywuje czyli osoba Sędziego. Tym razem wybór padł na Pana Adama Ostrowskiego i sami popatrzcie na znakomite efekty, czyli kolejne Zwycięstwo Rasy.

 

Ale najfajniejsze było to że spotkaliśmy Agę, Przema i sznaukową ekipę pieprz-sól, z moją ulubioną Tess. Oboje wygraliśmy rasę, więc było się z czego cieszyć. Niestety na Bisach nie wpadliśmy w oko sędzinie.

 

Czerwiec 2011 - i wystawy, wystawy. Ambitnie pracowałem na ringach i efekty znakomite, a czas powaznie myśleć o tym że już niedługo skończę 7 lat. Zaczęliśmy od Leszna, które w tym roku skusiło nas Panią Sędziną ze Skandynawii. Przysłowiowy trup ścielił się gęsto, czworonożni przeważnie nic sobie nie robili z ocen, gorzej było z niektórymi dwunożnymi. Ale zaprezentowałem się wspaniale i wygrałem psy i zdobyłem kolejnego Caciba. Przyznam się, że zawsze rozpiera nas duma gdy przy ostrych kryteriach sędziowania zdobywamy kolejne laury.

I jak co roku odbyliśmy  podróż do Lubieszyna i Szczecina, Oj zjechała się rodzinka Flavago. Lubieszyn lubimy za kameralność i przestrzeń jednocześnie. Czuję się tam prawie jak w domu , a na dokładkę dobra passa trwa nadal.

Zresztą cała banda Flavagowców spisała się na pierwsze miejsca

Drugiego dnia Międzynarodówka  w Szczecinie, która była  dla nas niezwykle kusząca ze względu na Sędziego. Ale co tam ważne jest to, że zakasowałem całą stawkę i przywiozłem następnego Caciba i Zwycięstwo Rasy. Sami popatrzcie jakie łupy żółtych tabliczek.

Ale aby to wszystko zdbyć trzeba było najpierw sporo się nabiegać i dać szczegółowo pooglądać

 

Maj 2011- i zaczęły się wiosenne wędrówki. Uwielbiam gdy Aśka zabiera mnie w różne fajne miejsca.

Ale jak zwykle najlepiej było po kąpielach..........Uwielbiam

 

Grudzień 2010 - kolejne święta, już w grudniu sypnęło śniegiem więc byłem w zimowym niebie. Ale jak co roku najważniejsze były życzenia.

 

Listopad 2010 - to podwójny weekend cacibowy w Poznaniu. Ja pierwszego dnia wypoczywałem, a Aśka biegała z Gunarem, to był debiut mojego wielkiego kumpla w klasie weteranów. i pełen sukces czyli Zwycięstwo i tytuł Najpiękniejszego Weterana. Sami popatrzcie, że Gunar zasłużenie wprawiał sędziów w osłupienie swoją formą.

Na drugi dzień Gunaro powtórzył osiągnięcie z soboty. A ja wybiegałem sobie res. Caciba. NIestety w naszej hali były słabe warunki do fotografowania, ale mimo to mam jedno ulubione zdjęcie, nazwałem je Diego biegnąc w chaosie :)

A na koniec wszyscy cieszyliśmy się z naszych sukcesów.

 

Lipiec 2010- w super nastrojach wybraliśmy się do Koszalina na tradycyjne odwiedziny i dwie wystawy. Pierwszy dzień to tylko jedno dominujące hasło : DESZCZ, a właściwie trzeba napisać MEGA ULEWA. Oczekiwanie na występ w samochodzie i same mokre sierściuchy. Nawet aparat nie chciał współpracować. NIe pamiętamy tak obfitego w wodę weekendu, o plażowaniu mogliśmy tylko pomarzyc.Dobrze, że  choć na drugi dzień przestało padać i od razu rasa została wzięta.

Ale i tak pojedziemy jeszcze do Koszalina, nawet gdyby w lipcu miał tam padać śnieg.

 

Czerwiec  2010 –  zaczęły się mistrzostwa świata w nodze, więc prasa znów się o mnie sporo rozpisywała ,ech wszędzie mnie dopadli , nawet gdy chciałem zażyć odrobinę relaksu. No cóż gwiazdy nie mają łatwo …

 

 

 

Ale aby napisali trzeba cos robić i czerwiec to był bardzo wystawowy miesiąc. Zaczęliśmy od Leszna, czy tam zawsze musi być tak gorąco??? Na szczęście biegaliśmy pod namiotem więc chociaż w czasie prezentacji było chłodniej. A prezentowałem się niczego sobie, sami popatrzcie

 

 

 

I wybiegałam sobie Zwycięstwo Rasy i jubileuszowego 30 Caciba. Hurra

 

 

Radości nie było końca a kolejny puchar trafił do mojej champiońskiej witrynki .

Po ocenie trochę sobie pofociliśmy

 

 

 

 

 

 

 

 

A moje ulubione zdjęcie to właśnie to , gdy już uciekam z planu zdjęciowego do Aśki.

 

 

Kolejne tradycyjne wystawy to weekend na Pomorzu, ale po kolei….

Najpierw był Lubieszyn, który uwielbiamy ze względu na miejsce wystawy, towarzystwo i organizację czyli taki spokojny weekendowy luzik. W tym roku konkurencja zza Odry bardzo dopisała a jeszcze bardziej dopisała moja forma i wygrałem rasę . Sami popatrzcie jak się prezentowałem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień w Lubieszynie kończą zawsze fajne kameralne Bisy na których pięknie broniłem honoru średnich czarnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I na końcu można było pochwalić się pięknymi nagrodami

 

 

Drugi weekendowy dzień to szczecińska międzynarodówka, niestety nie mamy fotek z tego dnia L ,ale kolejny cac i rcacib znalazł się w naszej kolekcji.

 

 

 

 

 

 

Maj 2010 –  w Poznaniu powódź, takiej wody tu przez ostatnie wieki nie widziano. Mieszkańcy codziennie udawali się na obserwacje stanu rzeki Warta, więc i ja jako czterołapny Poznaniak z zamieszkania dzielnie patrzyłem co dzieje się nad rzeką. Wody było sporo , sięgnęło aż po 6metrów i 45 centymetrów.

 

 

Mimo psiego rozbawienia, przecież wiecie że uwielbiam H2O w każdych ilościach….

 

 

Chwilami przychodził czas na zadumę: gdzie schronienie znalazły wszystkie nadwarciańskie kaczki , które czasami przeganiam na spacerach

 

O popatrzcie tą trasę teraz całkiem zalaną dosyć często pokonujemy w czasie naszych spacerach, teraz to trzeba mieć łódkę.

 

 

Kwiecień 2010 – każdy ma swojego zajączka, który przynosi prezenty. Mój był wielki i fioletowy .

A w czasie wielkanocnego spaceru zostawił mi piłkę do koszykówki, która nie będę ukrywać nie miała w moich zębach długiego życia, ale za to  sprawiła mi wiele frajdy .

 

 

 

Styczeń, luty, marzec 2010 – cudowna zima , najlepsza w moim sznaukowatym życiu, o takiej ilości śniegu zawsze marzyłem, więc nie zdziwi Was mam nadzieję galeryjka pozytywnie zakręconych śnieżnych zdjęć. Aśka między wyjazdami na narty zabierała mnie na długie harce w puchu. Wspominałem już kiedyś, ze mógłbym mieszkać gdzieś w Skandynawii. Sami zobaczcie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Grudzień 2009 – to czekanie na śnieg i tradycyjne składanie życzeń , nasze w tym roku wyglądały tak…..

Musicie przyznać że do pyska mi w czapie Gwiazdora (po poznańsku ) Mikołaja ( po całej reszcie)

 

 

 Listopad 2009 –  nareszcie spłynęły do nas wszystkie brakujące fizycznie tytuły, dyplomy i puchary, a więc Championa Czech ,Ukrainy , Show Championa Węgier. No to możemy stwierdzić cała kolekcja w komplecie. Dodatkową niespodziankę stanowiła nagroda od Kariny i Darka. Pierwszy raz dostałem tak pięknie zapakowany prezent. Aśka od razu wzięła się do pracy i efekty możecie zobaczyć w dziale Pt. Moje trofea. A ja zostałem zagoniony do mini sesji fotograficzne.

 

 

 

 

 

 

W listopadzie pogoda była piękna i jesienna więc Aska w wolnych chwilach wyciągała mnie niby na zabawy, w czasie których robiła mi sesje zdjęciowe. Nie będę ukrywał , ze lubię aparat więc efekty możecie sami zobaczyć, czasem trzeba było pobiegac…..

 

 

 

 

 

…..Chwilami leniuchowałem….

 

 

 

 

 

 

 

…..czasem robiłem to co tygrysy lubią najbardziej …….

 

 

….. a czasem ćwiczyłem piękne postawy ….

 

Wrzesień 2009 – to tylko jedno wydarzenie w moim Diegusiowatym życiu. Moje PIĄTE URODZINY.  Fajowo było, szkoda że, psy nie mogą się rodzić raz w miesiącu hau hau.

Dostałem całą torbę smakołyków, tylko nie rozumiem dlaczego nie mogłem wszystkiego od razu zjeść, przecież to dla mnie i moje. A z gadżetów bardziej trwałych to nowa smyczka i obroża w kolorze rewolucyjnym i w stylizacji na Che Guevare. A wiecie co Che kiedyś powiedział lub napisał ?: „Zawsze naprzód do zwycięstwa!!!” To chyba ładne motto patrząc na moje sukcesy i nie myślcie , że jestem Kubańczykiem lub rewolucjonistą hahahahaha.

Ale, ale wracając do moich urodzin to dostałem prawdziwy tort , taki specjalny dla psów. Miał smak jogurtowo sezamowy i był przepyszny. Do tego jakże bardzo designerski . Sami popatrzcie.

Konsumpcja przebiegła błyskawicznie , a Aśka cieszyła się że zdążyła pstryknąć jakies foto. Trochę jest mi wstyd bo nikogo nie poczęstowałem, ale w końcu to ja byłem pięciolatkiem i to były moje urodziny.

 

 

 

Sierpień 2009 –  jak wakacje to wakacje, ale i wystawy też . Miesiąc rozpoczęliśmy i zakończyliśmy wystawowo. Na początku tradycyjnie Sopot, który jest spotkaniem ze znajomymi z wybrzeża. A tym razem odkrywałem z Aśką historyczne dla Polski, Europy i świata miejsca. Ponieważ z okna naszego pokoju roztaczał się widok na stocznię gdańską, pomnik trzech krzyży moje spacery kręciły się między innymi wokół tych miejsc.

 

I miałem okazję zobaczyć produkt PRL, małego polskiego fiacika. Szkoda, że nigdy nie dane mi było się takim przejechać, ale może jeszcze gdzieś, kiedyś….

A po przyjemnościach w niedzielę przyszedł czas na ciężką pracę. Bieganie na ringu w towarzystwie upalnego sierpniowego słoneczka. Biegałem , biegałem i wybiegałem sobie  zwycięstwo rasy , kolejnego caciba . Chyba spodobałem się sędzinie Pani Lilianie Bachurzewskiej, ponieważ jako jedyny z całej stawki czarnych średniaków otrzymałem ocenę doskonałą.

Wyprawa na Podlasie zakończyła nasze sierpniowe podróże. Pojechaliśmy do Białegostoku, o którym Aśka mówiła ze jest fajnym pełnym zieleni miastem. Początek i końcówke naszego pobytu wspominamy cudnie: piękna pogoda, spacery, dobre jedzonko. Najbardziej zauroczyły nas ogrody Pałacu Branickich

 

 

Oraz cerkwie, w kopułach których pięknie odbijał się świat.

A dlaczego mało przyjemnie wspominamy środek wyprawy do Białegostoku? W dzień wystawy padało, co ja pisze lało jak z cebra przez praktycznie cały dzień. Nawet ja, choć im więcej wody tym lepiej miałem tego dnia dosyć . Nie pomagały parasole, kurtki przeciwdeszczowe po prostu wszystko pływalo. Nawet nastrój pani sędziny był bardzo pochmurny ponieważ nie wiadomo dlaczego, bez żadnego uzasadnienia nie przyznała nam caciba, ale co tam odbijemy sobie kiedy indziej. Ale miłym akcentem tego dnia była wycieczka do miejscowego zoo . Ale było super. Widziałem z bliska przeróżne czworonożne okazy, tylko nie wiem dlaczego nikt z nich nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić.

W drodze powrotnej humory nam dopisywały i w Warszawce postawiłem sobie na głowie caaaaaaały pałac kultury hau hau.

 

 

 

Lipiec 2009 -  w lipcu myślałem tylko o jednym , a mianowicie o żółtej piłce, która należy do mojego kumpla z łąki Goldena Dyzia. Dokonała się przyjacielska wymiana zabawek, a ja oszalałem na punkcie tego dziwnie skaczącego przedmiotu. Zyskałem nową ksywkę Latający Diego. Sami popatrzcie co wyprawiałem aby nie stracić piłki z oczu i pyska.

Poza tym głupkowaliśmy także w innym wymiarze. Aśka zrobiła porządki i znalazła filcowe berety ,akurat dwa , po jednym na głowę. Nie wiedzieliśmy czy bawić się we francuskich łączników , czy może zakładać partię nie moherowych a filcowych beretów, ale my nie bawimy się w politykę , zdecydowanie wolimy dobrą zabawę.

Po sesji fotograficznej zapoznałem się organoleptycznie z płaskim, nawet nieźle latającym przedmiotem

No ale był i czas poważnych wyzwań , w końcu trzeba było skończyć Championat Czech.Po 3 cacach na wystawach międzynarodowych pojechaliśmy na krajówke (uwaga ponad 3000 zgłoszonych psów!!!) do Mladej Bolesław. Nieśmiało przypomnę, że to właśnie w tym mieście po raz pierwszy pokazałem się na ziemi czeskiej w czasie sznaucerowej klubówki i zdobyłem jeden z cenniejszych brązów w mojej karierze. Ech te wspomnienia. Przed wyjściem na ring odstresowywaliśmy się ambitnie.

 

 

Ale później już trzeba było brać się porządnie do pracy. Biegałem ….

 

 

 

Pięknie się ustawiałem…..

 

I mogę napisać już z pełną świadomością, wielką radością  zdobyłem ostatniego caca i zostałem Championem Czech.  Radość olbrzymia choć przyznajemy się bez bicia, że ten tytuł kosztował nas sporo nerwów i był naprawdę wywalczony ciężką pracą moją i Aśki. Ale ona ambitna jest i cel został osiągnięty hau hau. To pierwszy tytuł Championa Czech zdobyty przez sznaucera z Flavago.

Ale nie samymi wystawami ludzie i psy żyją. Wykorzystaliśmy okazję i pozwiedzaliśmy trochę stolicę Czech Pragę. Pogoda była zmienna od upału po ulewę, ale ostatnio już się do takich zmienności zdążyliśmy przyzwyczaić.

 

 

 

 

 

 

 

Czy to tron dla championa ???

Praga zauroczyła nas pod wieloma względami a jej klimat super oddają zdjęcia czarno białe. Ambitnie wykorzystywaliśmy mój czarny kolor, który  był po prostu idealny

 

 

Poczułem się prawie po królewsku gdy zwiedzaliśmy Hradczany i mimo padającego deszczu podobało nam się.

 

 

 

Z żalem ale w tryumfujących nastrojach opuszczaliśmy Czechy .I dobra rada dla wszystkich choćby nie wiem co się działo i jakie kłody pod nogi rzucał nam los warto marzyć i realizować to czego się pragnie.

 

Czerwiec 2009 – to miesiąc wystawowy. Tradycyjny dwudniowy wypadzik do Lubieszyna i Szczecina zakończyliśmy pełnym sukcesem made In Flavago. A najważniejsze było spotkanie z Darkiem i Hebanitą. Mimo, że Aśka pojechała tam ze mną i z jakimś wstrętnym swoim choróbskiem daliśmy rade i odnieśliśmy podwójny sukces. Hau hau.Moim najważniejszym zadaniem, było wprowadzenie Hebanity w atmosferę wystawową. Spełniałem swoje zadanie znakomicie i jeszcze pamiętałem aby ładnie prezentować się na ringu.

 

 

Sami spójrzcie na efekty: ja wygrałem rasę a Heba wzięła Zwycięstwo Młodzieży.

Najbardziej spodobał mi się piękny puchar do mojej kolekcji.

Na drugi dzień biegaliśmy w Szczecinie na wystawie Międzynarodowej. I nastąpiło deja vu, czyli powtórka z rozrywki sobotniej. Dla mnie rasa dla Heby młodzież. Dla nas była to bardzo ważna wystawka ponieważ od dłuższego czasu szukaliśmy pasującej nam wystawy , na której mógłby mnie ocenic pan Andrzej Kaźmierski, i wreszcie nadejszła wiekopomna chwila . Zakończona sukcesem i nietuzinkowymi opisami

W międzyczasie walczyliśmy z oberwaniem chmury, oj lała się woda z nieba hektolitrami. A dwunożni dzielnie osłaniali nasze czarne ciałka przed wodą, biorąc wszystko na siebie. A gdy nie padało zajmowaliśmy się uwiecznianiem  nas na zdjęciach.

Z Hebanitą dzielnie w rękach Aśki  ćwiczyliśmy postawy ringowe. Oj ma Heba talent , jestem ciekawy po kim? Może choć troszkę po wujku Diegusiu hau hau

 

Ale najważniejszą wystawą w czerwcu była międzynarodówka w Brnie, jak zwykle do Czech udaliśmy się z duszą na ramieniu. Jak zwykle sędzina reprezentowała Czechy. Pepiki otwórzcie się trochę na świat ! Zaczęło się fajnie bo w hotelu przydzielono nam piękny apartament zamiast normalnego pokoju. Ma się to szczęście hau hau. A w niedzielę na ring. A po ringu do sekretariatu po nagrody za caciba i caca. Czyżby tak upragniony championat Czech był już na odległość tylko jednego caca. Mimo ulewnego deszczu w jakim przyszło nam wracać do Poznania rozpierała nas duma i szczęście.

To był niewątpliwie udany miesiąc.

 

 

Maj 2009- jak maj to i majówka, tym razem uderzyliśmy na tereny Augusta Mocnego czyli do Saksonii. Na kilka dni zatrzymaliśmy się w Dreźnie, oj zwiedzania było mnóstwo, dwunożni czuli kilometry w nogach a ja w moich psich łapkach. Staraliśmy się zaliczyć prawie wszystkie atarakcje Drezna, robiąc sobie od czasu do czasu przerwę na małe co nieco (najlepiej smakowały mi krewetki z grilla )

 

 

 

 

Najbardziej podobał mi się Zwinger, gdzie czworonożni mogli sobie bez problemu spacerować, byłem więc na maksa grzeczny i pokazywałem, że temperamentny sznaucer potrafi zachowić kulturę

Generalnie plan majówki był na bieżąco modyfikowany. Trafiliśmy więc do Miśni. Nie dane mi było obejrzeć porcelanowych cudów, ale za to dokładnie spenetrowałem okolice Elby, zamku i katedry.

 

 

 

 

Aśka z sentymentem zabrała wszystkich do Moritzburga, wspaniałej rezydencji na wodzie. Dla mnie największą atrakcją były kaczko-gęsi, ale jakoś nikt nie chciał mi pozwolić na kąpiel.

Oj miał ten August posiadłości. Odwiedziliśmy także Pillintz, jego letnią rezydencję położoną nad brzegiem Elby, podobno spotykał się tu z paniami w różych celach ,ale ja jak na porządnego sznaucera przystało nie słuchałem szczegółów.

 

 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o piękny i malowniczy przełom Elby ….

…..oraz o piękne widoki Szwajcarii Saksońskiej.

 

Ech szkoda że maj nie trwa wiecznie, to co chwilę jeździlibyśmy na jakieś fajne majówki, ale najważniejsze są wspomnienia.

 

 

Kwiecień 2009 – za wielkich wypraw nie uskutecznialiśmy ponieważ Aśka była rekonwalescentką . Ze względu na jej stan zdrowia musieliśmy odpuścić sobie wystawkę w Ostrawie. Ale ja byłem i tak zadowolony ponieważ nareszcie Aśka spędzała ze mną więcej czasu i przynajmniej w promieniach wiosennego słońca buszowaliśmy po naszej łące. Zobaczcie jaki byłem szczęśliwy.

 

Luty 2009 – ambitnie uskutecznialiśmy spacery ,ja dzielnie dotrzymywałem Aśce kroku zarówno w spacerowaniu

Jak i we wsadzaniu czarnego pyska w torbę z aparatem, a co tam może też uda mi się ofocić coś fajnego

Ale największą radochę sprawiało mi bieganie za frisbee. Musicie mi uwierzyć, że jest w kolorze żółtym a przyjechało do mnie aż z Niemiec w postaci prezentu od mojego kumpla Fuego.

 

 

 

Styczeń 2009 –  hurrrrrra wreszcie spadł śnieg, a my to od razu wykorzystaliśmy. Od początku nowego roku dużo spacerowaliśmy a ja mogłem tarzać swoje czarne ciałko w białym puchu. Noworoczny spacer jak zwykle w okolicach jeziora maltańskiego, które w tym sezonie nie ma wody więc dumnie biegałem po dnie i wsadzałem swój nochal w wielkie muszle.

Inne osiągnięcie to przejście po lodzie prawie 5km po jeziorze w Rogoźnie, nawet nie wiedziałem, że Aśka w dawnych czasach spędzała tu wakacje. I w ten oto sposób zrobiło się baaaardzo sentymentalnie . hau hau

No tak śnieg śniegiem ale powystawowa też trzeba. No to zaczęliśmy pięknie. Pojechaliśmy na Słowacje do Trenczyna i zakończyliśmy kompletowanie wniosków do Championa Słowacji. Podobno jaki początek roku takie i 12 miesięcy, a niech się sprawdza.

Ale mi najbardziej podobał się pobyt w Międzygórzu. Cały dzień szalałem jak dziki w ogromnej ilości śniegu. Chwilami nawet udało mi się siebie samego zatracić i gdzieś zgubić

Niesamowite wrażenie robił wodospad, przy którym mieszkaliśmy, przyznam się że nawet trochę się bałem więc minka niepewna.

 

 

Grudzień 2008 –  rok wystawowy zakończyliśmy w Austrii, pojechaliśmy do Wels. No i stało się zacząłem kompletować wnioski na Championa kolejnego kraju.

Byłem trochę niepocieszony, ponieważ sądziłem że będzie śnieg, a tu niestety do fotek w plenerze przyszło mi pozować raczej w wiosennej atmosferze .

I tak czekałem na ten śnieg na święta i się nie doczekałem, dlatego nasze tegoroczne życzenia nosiły tytuł „Diego wybiega z zamieci śnieżnej „

Ale na gwiazdkę dostałem nowego kumpla , nazwałem go po prostu łoś J. Ma fajny kolor i przede wszystkim piszczy gdy się nim zajmuję. Szkoda, że gwiazdka nie jest raz w miesiącu.

 

Listopad 2008 – i tylko jeden występ w moim rodzinnym mieście, ale w tym miesiącu hasło główne to „Goście , goście” a miejsce to „Oberża pod dzwonkiem”. W sobotę Aśka zabawiła tam z Sabiną i Fuego. A w domu odwiedziła mnie Gassira z Ewą i Marcinem. W niedzielę trochę popracowałem ale i tak najważniejsi byli znajomi. Na wystawkę przyjechała Tesska z rodzinką w komplecie.

Zdobyliśmy rezerwowego Caciba za którym i tak trzeba się było nieźle nabiegać i wystać w spokoju .

Ale ja się w Aśkę wpatruje ,wszystko płynie a moje czarne oczy ….

Aśka testowała strój biało czarny , ale jakaś mało zadowolona była , jestem ciekawy co jej tam siedziało w tej blond głowie

Wieczorkiem razem z Gassirką poszaleliśmy w okolicach starego rynku , oj gościliśmy się w knajpce do północy i byliśmy grzeczniejsi niż dwunożni hau hau.Ale forma mimo nocnych szaleństw wszystkim dopisywała .

Pokazałem Gassirce miejsce moich spacerów. Mieliśmy chwile szalonego biegania.

Jak i romantyczne momenty

 

I takie chwile wspominam najmilej.

 

 

Październik 2008 – główny cel tego miesiąca to stolica Węgier, jedno z ulubionych miast Aśki Budapeszt, w którym odbywały się od razu dwie wystawy Klubowa i Euro. Ale my najbardziej cieszyliśmy się na łazęgowanie po mieście. Już tyle razy byłem w Budapeszcie ale zawsze tylko wystawka i do domu a teraz zapowiadał się niezły dłuuuuugi weekend.Już pierwszego dnia po przyjeździe udaliśmy się na zwiedzanie . Załapaliśmy się zarówno na sesję dzienną i wieczorową porą: Widziałem symbol Budapesztu Parlament

 

Słynny Most Łańcuchowy 

 

A na końcu dotarliśmy do Baszty Rybackiej 

 

Nie mogłem sobie odpuścić okazji aby nie wypróbować kolejnego poidełka , w kolejnej stolicy. 

 

Wspomiałem o sesji wieczorowej, oto jej efekty 

 

Po takich wrażeniach trzeba było trochę się nabiegać i pobiegliśmy na wystawę klubową.Na której nieźle mi się biegało, wygrałem klasę kończąc tym samym kompletowanie wniosków na Show Championa (potrzeba aż 6 ) i zdobywając tytuł Klubowego Championa Węgier. Ale byliśmy zadowoleni, tylko po raz pierwszy organizacja madziarska zostawiła wiele do życzenia. Warunki oświetleniowe na ringu były fatalne więc fotki są jakie są, ale zawsze... 

 

 

Z nowymi zdobyczami i z Aśką w biało czarnej kreacji zrobiliśmy sobie pamiątkowe foto na samym końcu wystawki. 

 

Koszmar pogodowy i organizacyjny dał o sobie znać w sobotę. Na ring dotarłem totalnie mokry, szczególne podziękowania dla kierowcy autobusu , który uraczył mnie fontanna wody . Ale co tam pamiętając sukces z piątku byliśmy bardzo spokojni w tej stresującej sytuacji.Tym razem zadowoliliśmy się oceną doskonałą.A popołudniu ciąg dalszy zwiedzania .

Szkoda że te panie nie pożyczyły mi parasolek w drodze na wystawę 

 

Najbardziej podobało mi się na Wyspie Małgorzaty, która tonęła w jesiennych liściach i kasztanach gigantach. Biegałem jak zwariowany za moją czerwoną piłką, którą Aśka przywiozła z Polski. 

 

 

Wieczorem poznałem madziarskiego kumpla, który tak jak ja uwielbia piłki . hau hau. Piłkarze wszystkich krajów łączcie się. 

 

Najpiękniejsza pogoda trafiła nam się w niedzielę. Pojechaliśmy do zaczarowanego miejsca czyli do Szentendre.

 

Najbardziej podobał mi się Dunaj, bardzo malowniczy w tym miejscu 

 

Aśka robiła mi sesje na tle uroczych drzwi 

 

 

Przez cały pobyt dwunożni popijali kultowego Tokaja, zajadali się madziarskimi pysznościami , najczęściej ulubionymi langosami Aśki. I na koniec wyprawy Aśka zaprowadziła nas tam gdzie langose są najsmaczniejsze i smakują najlepiej. 

 

Nawet ja mogłem spróbować mniam mniam 

 

Przy pięknej słonecznej pogodzie nadszedł czas wracać do Polski, Szkoda Węgry są naprawdę super.

W październiku czekał nas jeszcze szybki wypad do Brna na krajówke. I pojechaliśmy w naszej śmiechowej ekipie czyli z Agą, Przemem i Watkiem.  Hmmm jakby tu skwitować ten wyjazd. Przemo dobrze to określił „Trzeba było zostać w Obornikach i…….” trallalala nasza kolejne tajemne hasło. Zresztą zobaczcie sami jak się prezentowałem 

 

A pan sędzia uznał ze jestem za mało męski hahahaahh. Kto chce ten znajdzie kto tam oceniał w każdym razie serdecznie odradzamy pewne osoby. A może powinniśmy się cieszyć ze dostaliśmy ocenę doskonałą bo to co się działo na tej wystawce wołało o pomstę do nieba.Mimo tego i tak w świetnych humorach wracaliśmy do domu.

 

 

Wrzesień 2008 - wybraliśmy się razem z Agą, Przemem i ich gromadką średnio-mini do Luksemburga. Droga choć daleka upłynęła nam w super atmosferze, a motywem przewodnim było hasło "Końcówka", ale czego to hasło dotyczyło to już nasza wyprawowa tajemnica.:) Ilość psów w stosunku do ilości miejsca na halach pozostawiało  sporo do życzenia , ale nie zawsze jest kolorowo. Ważne że końcówka była radosna i razem z Tess przywieźliśmy piękne puchary do naszej kolekcji.

 

A później Aśka pojechała sobie na wakacje

A ja siedziałem w domu i ambitnie czekałem, aż jej pobyt na Sardynii dobiegnie końca.

Jestem trochę zazdrosny o flamingi, które bardzo jej się spodobały i wskoczyły na zdjęcia zamiast mojej skromnej postaci, a gdybym tak dorwał takie ptaszysko  to pewnie jeszcze bardziej rozłożyłyby swoje piórka.

Ale musicie przyznać, ze widoki na Korsyce były wyśmienite, jestem ciekawy czy są tam jakieś wystawki.

 

 

 

Sierpień 2008 – znów trochę powakacjowałem , odwiedziliśmy tereny nadmorskie, a konkretnie Sopot. Złożyłem wizytę Miłce a przede wszystkim mojej koleżance z bałkańskich wypraw Fancie. Jak sami zauważycie miałem mały gadżet na tylniej łapie, czyli efekt mojego dzikiego biegania po poznańskiej łące. Z powodu suszy bardzo uaktywniły się kłosy traw, które ambitnie upodobały sobie moje łapy  Musiałem chodzić w tzw. Kukiełce aby nie wylizywać lekarstwa, a poza tym nic mi nie dokuczało i szalałem na maksa. Niestety nie mogłem się kąpać w Bałtyku i czas mijał nam na nadmorskich spacerach.

Najchętniej skoczyłbym z tego molo do morza…. 

 

Ale zamiast tego byczyłem się jak prawdziwy kuracjusz w bardzo przyjaznej dla czworonożnych knajpie Koliba 

 

Przez moment nawet popływaliśmy  

 

Aśka wznosiła toast piwem z sokiem, chyba za ewentualne zwycięstwo na Międzynarodowej Wystawie , która odbyła się następnego dnia… 

 

A na wystawce w super towarzystwie odniosłem swój kolejny sukces i dobiłem do mojego konta kolejnego Caciba i Zwycięstwo Rasy. Tabliczki z tytułami stanowią dłuższy rządek niż moje skromne ciało hau hau 

 

A jako wisienka na torcie; kolejny puchar do mojej kolekcji.

 

 

Lipiec 2008 –  nareszcie trochę się pobyczyłem, w końcu lato i wakacje więc kiedyś trzeba nadrobić zaległości. Pojechaliśmy z Aśką do Koszalina, obkolędowaliśmy wszystkich możliwych znajomych.  Darek popracował trochę nad moją fryzurką, którą w promieniach zachodzącego słońca ambitnie utopiłem w Bałtyku.

W tym roku najnowsze trendy jakie zaprezentowałem na polskich plażach to piaskowe dredy .

Najważniejsze, że zostawiłem ślad po sobie w moich rodzinnych okolicach.

Najbardziej podobała mi się zabawa z Łukaszem. Szalałem na całego , w końcu trzeba wykorzystywać każdego ochotnika do dzikich zabaw.

Ale najwięcej frajdy dała nam zabawa w teatr cieni. Aśka cierpliwie mi tłumaczyła o co chodzi ….

…. A ja pojąłem jak błyskawica w locie i oto efekty…

 

 

 

Szaleństwa  szaleństwami, ale w niedzielę razem z moja starszą siostrą Chingą dumnie jako drużyna interchampionów reprezentowaliśmy Flavago na koszalińskiej wystawie psów. Zachowałem się jak prawdziwy psi gentelman hau hau, wygrałem klasę championów a w myśl zasady „Panie mają pierwszeństwo” dumnie obserwowałem jak Chinga wygrywa rasę , a na końcu wystawy jeszcze namieszała w grupie drugiej. Hurrrra.

 

 

Tydzień później wybraliśmy się na Słowację, do Koszyc. Bardzo nam się podobało. Super towarzystwo, piękne miejsce wystawy a przede wszystkim kolejny sukces – wygrałem rasę, zdobyłem kolejny wniosek na Championa Słowacji i tytuł Zwycięzca Słowacji 2008. Coś mam szczęście na zdobycze u Słowaków – i oby tak trwało dalej. Przy okazji dziękujemy Joli i Łukaszowi z Czartowego Pola za piękne fotki.

 

 

Jak sami widzicie pięknie się prezentowałem, a powrót do Poznania mimo straszliwych burz w okolicach Katowic był bardzo radosny.

 

Czerwiec 2008 –  w tym miesiącu ruszyliśmy po raz pierwszy rozeznać  wystawy na Słowacji. Radość była tym większa, że nie ograniczyliśmy się tylko do samych pokazów, ale trochę sobie pozwiedzaliśmy kraj naszych południowych sąsiadów. Zaczęliśmy od pobytu w Senec, gdzie odbywała się wystawa krajowa. Miejsce bardzo urokliwe nad przepięknym jeziorem  i tylko żałowałem, że Aśka nie pozwoliła mi wskoczyć na małą kąpiel.

 

Mimo tego humor bardzo mi dopisywał , a to przełożyło się na znakomity występ i wygranie całej rasy.  A więc słowo się rzekło będziemy kontynuować zdobycie Championatu Słowacji.

Po raz pierwszy zdobyłem statuetkę w ulubionym kolorze Aśki.

Piękna pogoda i przemiłe towarzystwo sprawiło , ze humory wszystkim dopisywały. Sporą grupą Polaków reprezentowaliśmy nasz kraj na BIS – ach, czyli pokazach najlepszych.

 

 

Sami popatrzcie jaka silna grupa sznauków z Polski ;)

Drugi dzień to to co tygrysy lubią najbardziej, czyli zwiedzanie. Zespół ludzki czyli Aśka i Iwona i druga grupa psia czyli ja i En Chou zaopatrzeni w informacje z internetu, nawigację, mapy i przede wszystkim rady i wskazówki personelu hotelowego udaliśmy się najpierw na nitrzańską kalwarię.

Skąd było doskonale widać całą panoramę Nitry.

Kolejnym punktem programu było przecudne miejsce 10km od Nitry - maleńki kościółek z pierwszej połowy 11 wieku na wzgórzu lessowym.

 

Sami musicie przyznać że to cudowne i magiczne miejsce. To są chwile i momenty , których się po prostu nie zapomina. I ten cudowny zapach ziół achhhhh. Aśka wpadła w trans fotograficzny (ale ona to uwielbia hau hau) i w efekcie kościółek został obfotografowany ze wszystkich stron, a ja służyłem jako główny model.

 

 

 

 

Oczywiście nie obyło się bez przetestowania miejscowych patyków.:)

A nasza ulubiona fotka pt. „Pełnia szczęścia„ wygląda tak:

Ale cudowne miejsce trzeba było opuścić i udać się na dalsze zwiedzanie, tym razem cel stanowiło centrum Nitry z głównym punktem Zamkiem Nitrzańskim. Niestety czworonożnych nie wpuszczano bezpośrednio na zamek.

Ale i tak zobaczyliśmy to co chcieliśmy robiąc od czasu do czasu przerwę na lodowy tonik, który stał się hitem wyprawy.

 

Ja przedstawiciel canis lupus familiaris wybrałem wodę bezpośrednio z fontanny, w końcu zawsze testuję takie przybytki gdziekolwiek jestem.

Kolejny dzień musiałem trochę popracować na ringu Międzynarodowej Wystawy Psów w Nitrze połączonej z możliwością zdobycia Grand Prix Słowacji 2008.

Pokazałem co umiałem….

... i wygrałem rasę, powiększając swoją kolekcję caców i cacibów – to już 13 kraj a przede wszystkim zostałem zdobywcą Grand Prix Słowacji 2008 otrzymując piękną niebieską rozetę.

 

Na koniec jeszcze kolejny pucharek do naszej witrynki i w super nastrojach pojechaliśmy do domu.

 

Jak szaleć to szaleć ,a tradycyjnym czerwcowym szaleństwem jest nasze Flavagowe spotkanie podczas weekendu w Lubieszynie i Szczecinie.

Na te wystawy tradycyjnie przyjeżdża silna grupa pod wezwaniem z Niemiec, podobnie było i w tym roku.

Zaczęliśmy od Lubieszyna, jako jedyny męski przedstawiciel Flavago robiłem co mogłem aby nie dać „przysłowiowej„ plamy.

 

 

Efekt końcowy znamienity, trzeci rok z rzędu zostałem Zwycięzcą Rasy Krajowej Wystawy Szaucerów.

 

Ale to  nie koniec super wiadomości, wszyscy mieliśmy ogromną satysfakcję i rozpierała nas wielka radość gdy usłyszeliśmy słowa z ust pani sędziny Małgorzaty Zakrzewskiej, „że cieszy się ze taka piękna stawka czarnych średniaków to dorobek jednej polskiej hodowli„. Myślę , że Darek był z nas wszystkich dumny.

Nasze wspólne zdjęcie , które ja nazywam „Hurra Flavago górą”.Od lewej Fathia Flavago- najlepsza suka w rasie, ja – czyli Don Diego Flavago- najlepszy pies w rasie i zwycięzca rasy oraz Gassira Flavago- najlepszy junior w rasie.

Wieczorem była tradycyjna sznaucerówka mniam mniam , szampany i super nastroje.

A na drugi dzień wystawa w Szczecinie. Znów dzielnie stawiliśmy czoła niemieckiej konkurencji.

Emocje były niesamowite i każdy kolejny szczebelek jaki osiągaliśmy to dla nas wielka radość. Najpierw wygranie klasy championów, później zostałem najpiękniejszym psem wystawy i zdobyłem kolejnego caciba do mojej kolekcji.

Razem z moim kolegą Fuego z Niemiec cieszyliśmy się jak szczeniaki hau hau

Następnie znów w asyście min. Gassiry biegaliśmy walcząc o rasę. Ależ pięknie razem wyglądamy, modelowa z nas para hau hau.

I na koniec stało się wygrałem rasę , to już czwarty BOB w tym miesiącu , czy można chcieć czegoś więcej. A można….. Największą nagrodą dla nas jest przepiękny opis , który otrzymaliśmy na tej wystawie. Pani Viva Maria Soleckyi Szpunar widziała mnie następująco:

"W cudownej kondycji, o pięknej głowie, doskonałej wielkości, każda partia jego ciała jest doskonała, ma piękną górną linię, doskonale stawia kończyny tylne, zad szeroki, ma piękny ogon, doskonała linia dolna, porusza się swobodnie." 

Dla takich chwil warto jeździć na wystawy.

 

Maj 2008 – w ramach przygotowań do mistrzostw Europy w piłce łapkowej, dostałem nową futbolówkę od Cioci Irenki, ale super zabawa….. Pełna forma kulista jest ok, ale …..

 

ja zdecydowanie wolę formę lekko flakowatą. Z taką to dopiero można poszaleć.

 

 

A na dogrywkę podaję się w klimatach żółto- wiosennych.

W ramach przygotowań do kolejnych wystaw przygotowaliśmy razem z Darkiem nową kolekcję fryzur obowiązującą w sezonie 2008 J.

Mistrzowie trymerów, maszynek, grzebieni i nożyczek byli bardzo zadowoleni z efektów swojej pracy, a przysłowiową wisienką na torcie stało się pięknie zapozowane zdjęcie.

 

Na dowód, że jestem mobilnym psem postawa z gatunku „do biegu gotowi start „ hau hau.

I jedyna wystawa na którą wybraliśmy się w maju to czeskie Litomerice.  Aśka trochę panikowała bo stawka była nie byle jaka i widziałem strach w jej oczach hau hau, ale co tam poszliśmy na całość, a poza tym pamiętałem że dzień wcześniej Aśka miała imieniny, więc wypadało zrobić jakąś miłą niespodziewajkę.

Na początek wygrałem więc klasę championów, czyli cel naszego przyjazdu zdobycie caca został osiągnięty. Przyznam że trzeba się było sporo nabiegać , aby wybiegać tak upragnioną nominację.

 

 

Później przyszła kolej na porównanie zwycięzców klas. I posunąłem się o krok dalej zostałem najlepszym psem i zdobyłem kolejnego caciba do mojej wspaniałej kolekcji .

Ale jak prezenty to prezenty, więc w porównaniu o zwycięstwo rasy także nie dałem szans moim konkurentom i w ten oto sposób wygrałem wszystko co było do zdobycia.

 

Radości nie było końca moja kolekcja się znów powiększyła (może trzeba pomyślec o zakupie większej witrynki na nagrody ?).

Na koniec radosna sesja zwycięzców przy małym oczku wodnym i prezentacja nagród.

 

 

Do domu wracaliśmy szczęśliwi choć bardzo zmęczeni, ale co tam raz się żyje J

Gdy my pokonywaliśmy kolejne kilometry do Poznania w Koszalinie otwierał się szampan , nawet jakies bąbelki do nas dolciały haha.

 

Kwiecień 2008 - odwiedziliśmy dwie wystawy. Pierwsza to Berlin, gdzie dowiedzieliśmy się z karty ocen , że jestem psem na górnej granicy wzostu, cokolwiekby to nie znaczyło widziałem, że Aśka była tym faktem mocno rozbawiona. Zostwiamy to bez komentarza. hau hau.

Następnie pojechaliśmy do Czech do Ostrawy. Mamy ambitny plan skończenia Championatu tego kraju. Tym razem zadowoliliśmy się r.cacem, ale co tam co się odwlecze to nie uciecze.Oj a gdzie się podział mój ogon?

 Bawiliśmy się jak zwykle znakomicie, próbowaliśmy znaleźć pracę w sklepie ze straszydłami, ale nie wiem dlaczego nie chcieli nas zatrudnić. Ha ha, tak bardzo się staraliśmy.:)

 

Marzec 2008 - cały miesiąc błogiego nic nierobienia, hau hau. Oczywiście poza spacerami i bieganiem za piłką. Pogoda na dworze coraz piękniejsza, więc coraz więcej czasu spędzam na świeżym powietrzu.

 

 

 

Luty 2008 – niniejszym ogłaszamy sezon wystaw 2008 za rozpoczęty. Hau hau. Zaczęliśmy od wysokiej poprzeczki, a mianowicie pojechaliśmy do Czech do Brna na wystawę międzynarodową. Cel był postawiony wysoko i nie dotyczył mojej skromnej postaci tylko Gunara, ale o tym za chwilę. Ja zabrałem się na doczepkę i w głowach kołatało nam gdzieś, że może  rozpoczniemy kompletowanie kolejnego  championatu, tym razem  Czech. Prezentowałem się jak mogłem najlepiej….

 

 ….a efektem tego jest mój pierwszy wniosek na Championa Pepików .No, nie ma co mówić ładnie zaczęliśmy nowy sezon wystawowy.

Aśka była mega zadowolona

 

Ale jak już wam wspominałem, celem było zakończenie Interchampionatu przez mojego berneńskiego kumpla Gunara. To było wielkie wyzwanie i Aśka była lekko zdenerwowana, ale  ona nie w takich sytuacjach dawała sobie radę.  W Brnie śmigała z Gunciem po ringu jak błyskawica , a dodatkowo niósł ich doping publiczności w tym także hodowczyni Gunara. Konkurencja jak zwykle wśród Bernerów to kilkadziesiąt sztuk, ale co tam.  Ostatni Cacib potrzebny do tytyłu Interchampiona został zdobyty i w ten oto sposób Aśka wybiegała kolejnego mistrza mistrzów – ja byłem pierwszy hau hau.

 

No to na koniec zbiorowa fotka , na której macie dwa Interchampiony , ale z nas super grupa. Hau hau.

 

W znakomitych nastrojach wracaliśmy do Polski, oczywiście w głowach już nam kołatała myśl o kolejnej wystawie.

A kolejną wystawą była wystawa Championów w Lesznie, wiecie taki zlot psiej śmietanki haha. Czyli poniżej Championa nie schodzimy , Panie w pięknych kreacjach, Panowie w nowych garniturach . My spotkaliśmy się ze znajomymi, a poza tym wygraliśmy rasę i kolejny puchar trafił do mojej psiej witrynki.

 

Niestety nie mamy dokumentacji fotograficznej z ringu, ponieważ tym razem nie mieliśmy obsługi technicznej i Aśka się nie rozdwoiła, ale zaraz po występie wyglądałem tak….

 

Pogoda dała nam pierwsze mocne słońce i po tym wyjeździe Aśka się rozchorowała, czy nie może mieć takiej kondycji jak ja ?To teraz po dwóch udanych występach mam luz do kwietnia, ale będę się byczył

 

 

styczeń 2008-  to tradycyjna statystyka naszych osiągnięć z roku 2007. Oj działo się działo więcej i piękniej niż zakładaliśmy, a więc możemy znów napisać o PAŚMIE SUKCESÓW , ale sami popatrzcie jak z nakładką zrealizowaliśmy nasze plany i marzenia mniejsze i większe, a przy okazji ile ciekawych przygód przeżyliśmy ile wspaniałych osób udało nam się poznać i to będzie dla nas zawsze najważniejsze

Więc tak:

* 22 000 kilometrów przejechaliśmy podróżując na wystawy polskie i zagraniczne

* 10 krajów odwiedziliśmy w czasie naszych wspólnych wypraw ( Białoruś, Bułgaria, Czechy, Estonia, Litwa,  Niemcy,  Polska, Rumunia, Ukraina, Węgry)

* 23 wystawy zaliczyliśmy w roku 2007 ,z tego 18 poza POlską,  w tym 13 z prawem przyznawania caciba ( 2 krajowe, 11 zagranicznych), 2 krajowe w Polsce,2 krajowe za granicą (Macedonia, Bułgaria) 4 klubowe (w Niemczech, Estonii i na Węgrzech) , 1 championów w Polsce, a najważniejszą było ISPU w Mladej Boleslav.

* 12 CACIBów  w 8 państwach Europy to nasz wielki sukces (Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Polska,Rumunia, Ukraina )

* 19 CACów z 10 państw europejskich (Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Macedonia, Niemcy, Polska, Rumunia, Ukraina, Węgry)

* 18 BOS czyli tyle razy uznano mnie za najpiękniejszego psa na wystawie

* 16 BOB czyli  tyle razy zostałem okrzyknięty Zwycięzcą Wystawy

* 23 sędziów z 14 państw miało okazję podziwiać i oceniać moją pracę i wygląd na ringu

* 9 !!! tytułów championa ( Białoruś, Bułgaria, Estonia, Litwa, Macedonia, NIemcy, Rumunia, Ukraina, Węgry ) to coś o czym nie myslelismy aż na taką skalę zaczynając rok wystawowy 2007

* każdy prestiżowy tytuł, miejsce na BISach, medal, rozetka czy puchar to nagroda za naszą wspólną pracę

* i najważniejszy sukces wystawowy to 3 miejsce na ISPU, takiej naszej światowej klubówce hauuuuuu

 

Grudzień 2007 – święta święta i po świętach,  a śniegu który tak uwielbiam znów brak. Ale podobał mi się ten grudzień ponieważ pod choinką znalazłem same pyszności i co najważniejsze Aśka miała wolne i miała dla mnie więcej czasu. Tak to ja lubię. Tradycyjnie złożyliśmy wszystkim świąteczne życzenia i baaaardzo dziękujemy naszym Przyjaciołom i Znajomym za wszystkie nadesłane kartki maile a nawet prezenty

 

listopad 2007 –  okazał się kończącym wystawy miesiącem roku 2007, jakże dla nas udanego. Pokazaliśmy się na wystawie w Poznaniu, jednak pomimo świetnej prezentacji ……

coś nam się wydaje że nie było realnych szans na sukces L. Ale i tak było fajnie i zabawnie. Po pierwsze Aśka zmieniła fryzurę i nikt nie mógł jej poznać. Hau hau czyżby chciała się zrobić na sznaucera . Czworonożni mówili że to oznacza że za chwilę będziemy bogaci. A po drugie zebrała się nas spora grupka Flavagowców. Dowód macie poniżej :od lewej moja siorka Carmenka (ale ma latarki w oczach haha), El Passo czyli Dino , Gassira (fajna ta młoda, dobry kompan do zabaw), Gaucho, Frida (oj chyba poczułem do niej coś więcej niż tylko psią przyjaźń , zresztą z wzajemnością ) no i grupki z prawej flanki strzegę ja czyli Diego.

Sezon wystawowy zakończyliśmy na Specjalistycznej Wystawie we Włocławku. Zakończenie dokonane z duuużym przytupem z mojej strony – Wygrałem wszystko , a co najważniejsze zrobiłem Aśce super prezent w dniu  jej urodzin.

Bardzo podobała nam się organizacja i miejsce Hala Mistrzów- mhmmm to chyba coś co do mnie pasuje na koniec tak wspaniałego sezonu. Aha Aśka zrobiła na mnie test i wystawiała mnie bez żadnych przysmaków, a ja mimo duuuuużego jak zwykle apetytu spisałem się doskonale.

 

październik 2007 –  spędziłem w większości czasu na psich beztroskich zabawach, w końcu wykazałem się we wrześniu, więc trochę ulgi musi być. Ale bez wystaw się nie obyło. Plan był jeden i bardzo konkretny, a mianowicie zakończenie Championatu Węgier, na który jakby nie było trzeba sporo popracować. Ponieważ uwielbiamy atmosferę imprez u Madziarów, mamy tam wielu znajomych, z którymi zawsze miło spędzamy czas, nigdy nie pogardzimy tokajem i langosami wybór nie był trudny jaki kraj wybrać na piękny jesienny weekend. Dzięki pomocy i w towarzystwie Kuby od beagielków w znakomitych nastrojach ruszyliśmy do Budapesztu na Klubową Wystawę o tytuł Jahressiegera 2007. Brakował nam ostatni wniosek abym został Championem Węgier, a do tego wiedzieliśmy mniej więcej jakiej konkurencji możemy się spodziewać. Bez trudu wygrałem klasę championów i o tytuł Jahressiegera przyszło mi walczyć z tegorocznym Zwycięzcą Europy Mr.Beanem Grand Calvera. I oto po raz czwarty nasze zmagania zakończyły się sukcesem Polski. Wynik jest piorunujący czyli 4:0 dla mnie czyli Dieguli. Hurra. Jak to zwykle na Węgrzech bywa przywiozłem jeden z pieknych pucharów, które są zawsze dopracowane w każdym szczególe i mnóstwo kolorowych wstążek. Piękna pogoda, znakomite nastroje, kolejny championat, czyż można chcieć więcej ?

Prezentowałem się pięknie zarówno w czasie bezpośredniej oceny na ringu…..

…..jak i  w czasie specjalnej sesji dla zwycięzców.

Po raz kolejny w znakomitych nastrojach wróciliśmy do domu a nasz sukces na pewno dwunożni  będą celebrować popijając jedno z ulubionych win Aśki.

wrzesień 2007 –  to miesiąc wieeeelkich wyzwań. Przy takiej liczbie tytułów i wspaniałym bilansie zwycięstw nie pozostało nam nic innego jak mierzyć jeszcze wyżej. I wrzesień był kolejnym sprawdzianem. Pojechaliśmy na najważniejszą dla wszystkich czworonożnych i ich właścicieli wystawę, a mianowicie na ISPU (Międzynarodowa Unia Pinczera i Sznaucera), która w tym roku odbywała się w Czechach w Mladej Boleslav. ISPU organizuje wiele wystaw , ale zawsze tylko ta jedna w roku zyskuje miano tej najważniejszej.

Zgłoszonych zostało 511 sznaucerów i pinczerów, w tym 62 sznaucery średnie czarne. Aśka stwierdziła ze jak spadać to z duuużej wysokości i zgłosiła mnie do klasy Championów. Oczekiwania były jasne: ocena doskonała i nie odpaść przy pierwszej selekcji.:(

Pomarzyć zawsze można, ale te nasze marzenia ustąpiły szybko miejsca lekkiemu szokowi zaraz po otwarciu katalogu. Wśród 8 championów znalazły się prawdziwe gwiazdy ringów. A ja znów byłem najmłodszy w stawce, a Aśka znów nie miała wesołej miny przed występem.

Jednak sprawdza się powiedzenie, że za marzenia nie karają więc……pokazałem wszystko to co mogłem najlepszego i doprawiłem wspaniałym charakterem. Sędzia z Holandii dłuuuuugo oglądał, dotykał i mieszał „grupę trzymającą władzę” z „grupą bezlokatową”. Nasi dwunożni kibice do samego końca, tak jak i my zresztą nie wiedzieli co się dzieje. I wreszcie wynik i znów szczęście: a 3 miejsce to  chyba sobie wykupiliśmy na najbardziej prestiżowych imprezach, hau hau. Zostałem 3 championem najważniejszej w tym roku wystawy ISPU. Radości nie było końca gdy czekaliśmy na wyniki badań sierści (czy oby nie farbowana) i kartę z oceną. Sami zobaczcie jak pięknie się prezentowałem…. 

 

…..i jak wspaniale wyglądała tablica wyników, a mój szczęśliwy numerek to 271.

 

 Po powrocie do hotelu nareszcie dotarło do nas co się stało i że mamy kolejny sukces na naszym koncie. Pierwsze co zrobiła Aśka to zabrała mnie na dłuuuugi spacer, którego najfajniejszym punktem była zabawa z piłką. Nareszcie mogłem uwolnić moje dzikie emocje.

 

  

Nic dziwnego, że opuszczaliśmy jesienne Czechy w znakomitych nastrojach, a przede wszystkim rozpierała nas wielka duma. 

Po tak świetnym wyniku Aśka dała mi trochę spokoju z wystawami we wrześniu, ale ja i tak mocno trzymałem psie łapki za wystawę we Wrocławiu. Aśka pojechała tam wraz z moim wielkim kumplem Gunerem. Cel był postawiony bardzo wysoko, a liczba konkurentów wśród berneńczyków przyprawiała o lekki zawrót głowy – 82 berneńskie psy pasterskie i co tu teraz zrobić aby dobrze, a nawet najlepiej wypaść? Ale Aśka i Gu wiedzieli i wygrali wszystko – całą rasę uff. Takie zwycięstwo robi wrażenie.

 

 

Nic dziwnego, że i z tej wystawy wszyscy wracali w znakomitych nastrojach.

 

 

lipiec 2007 –  to tylko jedno hasło – wakacje. Wystawy też były, ale wypoczynek przede wszystkim. Ekipa wybrała się na tak lubiane przez nas tereny bałkańskie – celem była Bułgaria.

Zapowiedź tego, jak interesujący był ten wyjazd pojawiła się już w czasie przejazdu przez Rumunię. W Cluj Napoca odpoczywając sobie przy fontannie…..

….obserwowaliśmy jakże typowe dla Rumunii obrazki:

Ale po poprzednim pobycie w tym kraju, koń biegający swobodnie i samotnie po bardzo ruchliwej ulicy nie był dla nas żadnym zaskoczeniem.

Chwilami wydawało mi się, że jedziemy i jedziemy, a morza Czarnego ani widu, ani słychu. Ale wreszcie przyszedł ten upragniony moment i dotarliśmy najpierw do Kranieva – które było miejscem wystaw i od razu przyznam się, że nie spodobało się nam ani odrobinę, jako miejsce ewentualnego letniego wypoczynku. Na stałe zakotwiczyliśmy w kurorcie Albena – a co tam też mam prawo pobyc sobie w jakimś słynnym miejscu.

Nasz pierwszy spacer: oczywiście nad morze, gdzie od razu umoczyłem swoje psie łapki. Jak widzicie niufki też nie pogardziły morską wodą i od razu stworzyliśmy pierwszy tego lata psi rydwan.

 

 

Ale najfajniejsze były zabawy z moją wodną piłką (pamiętacie Aśka kupiła mi ją w ubiegłym roku). Teraz musiałem się bardzo starac, aby być lepszym od niufków i zmuszony byłem stosowac przeróżne fortele, aby im uciekac ze zdobyczą.

 

 

Grace częściej podejmowała wspólną zabawę, a ja z dumą mogę się pochwalic, że to ja odważniej wskakiwałem w morskie fale i wybiegałem ze zdobyczą na ląd.

 

 

Oczywiście sporadycznie bo sporadycznie, ale bywałem gentelmanem i oddawałem inicjatywę damie.

 

Po wyczerpujących zabawach w wodzie uwielbialiśmy wyłożyc się na ciepłym piasku i oddawaliśmy się słodkiemu nic niezrobieniu.

 

 

Choc ja mimo wszystko najchętniej patrolowałem okolicę i z wielkim zainteresowaniem śledziłem wszystko co działo się w pobliżu.

 

 

 

 

Nasze stadko było znane na plaży przez to jak aktywnie i odważnie  bawiliśmy się w wodzie. Jak zwykle wzbudzaliśmy niemałą sensację….

 

 

…..aż do tego stopnia, że w czasie wieczornych spacerów dwunożni zaczepiali Aśkę i pytali patrząc na mnie czy to ten sam pies, który jest taki „crazy for water”. Ech co tam przecież odrobina szaleństwa musi czasem być, hau hau.

 

Ale szaleliśmy też w czasie wystaw, które odbywały się porą wieczorowo – nocną, przy plaży w Kranievie. Zdarzało się, że czasem pokazywałem się jeszcze z lekko wilgotną sierścią, ale jak już wspomniałem najważniejszy był wypoczynek. A nasz bilans wystawowy : 4 wystawy (2 międzynarodowe, 2 krajowe ) i 4 całkowite wygrane – 4 razy zostałem zwycięzcą rasy. Moja kolekcja championatów wzbogaciła się o trzy kolejne : Bułgarii, Macedonii i Bałkanów.

Musicie wybaczyc jakośc zdjęc, ale w nocnych klimatach i przy dużych odległościach nie było dobrych warunków do fotografowania.

 

 

A każdy Best In Show zaczynał się mniej więcej około godziny 23

 

W czasie wystawy o championat Macedonii byłem nawet filmowany przez miejscową telewizję.

 

Sesję zdjęciową, powystawową zrobiliśmy sobie tym razem w piaskowych klimatach.

Ratunku łapki mi się rozjeżdżają.

 

 

 

Nic dziwnego że po takich sukcesach w znakomitych nastrojach spędzaliśmy nasze wakacje w Albenie.

Ja uwielbiam spacery brzegiem morza, więc kiedy plaża się wyludniała…..

 

 

….Aśka pozwalała mi szalec nawet przy wschodzącym księżycu.

 

 

Nie zapomnę dnia w którym odkryłem bojki w morzu. Na początku podchodziłem do nich z pewną taką nieśmiałością…….

 

 

…..by za chwilę przypuścic na nie atak.

 

 

Niestety boje pozostawały niewzruszone.

Za każdym razem , po wieczornym spacerze z żalem opuszczałem plażę.

 

 

Z jeszcze większym żalem opuszczaliśmy samą Albenę i żegnaliśmy naszych nowych znajomych, którzy mieszkali na naszym kempingu „dwa drzewa dalej”. Pozdrawiamy Koszyce na Słowacji, hau hau.

 

 

A Polska po raz kolejny wyjechała z Bałkanów z tarczą i sukcesami.

 

 

czerwiec 2007 –  to miesiąc wspaniałych wspomnień w mojej psiej głowie. Nareszcie spędziliśmy nasze pierwsze w tym roku dłuższe wakacje. Pojechaliśmy razem z ekipą niufkową w gościnę do ekipy niufkowej na Łotwę. Powiem krótko: tak chyba wyobrażam sobie raj, no może jeszcze z drzew powinny zwisać psie przysmaki, ale przecież nie można mieć od razu wszystkiego. Zauroczeni gościnnością i serdecznością Inty zawsze będziemy pamiętać przecudnie spędzone chwile na Łotwie. Pomimo że byłem najmniejszym psiakiem w stadzie ( nie licząc małych niufów ) dumnie sprawowałem honory prawie gospodarza.

 

 

Ale oczywiście palma pierwszeństwa należała się Belli i Kejsi.

 

 

A najwięcej do powiedzenia miały maluchy, które rządziły i po prostu rozbrajały wszystkich dwunożnych.

 

Nawet ja czułem przed nimi respekt i często zastanawiałem się co znów wymyślą.

 

 

Otrzymałem od wszystkich nową ksywkę : „żywa igruszka” hmmm – no dobrze niech już będzie. 

Zapoznawałem się także z prawdziwą sztuką.....

 

 

....niestety Aśka zapomniała jak nazywa się autorka rzeźby.

Poza tym czas mijał nam na kąpielach:

 

 

Pozowaniu do zdjęć na tle przepięknej przyrody (ach już teraz jestem pewien, że jestem fotogeniczny ponad przeciętność hau hau ).

 

 

 

 

A przede wszystkim na dzikich harcach i psich zabawach:

 

Mam nową koleżankę landseerkę Frajdę, mieszka w Warszawie i już pierwszej nocy przeprowadziła się do naszego pokoju. Najfajniejsze były nasze wspólne zabawy. Nie musiałem jej długo prosić.....

 

 

....wystarczyło kilka przewrotek ( a to przecież moja tajna broń na kobiety, jestem mistrzem w tej dziedzinie i niejedna się już na to złapała)...

 

 

....i już po chwili nadawaliśmy na tym samym poziomie.

 

 

Z rozrzewnieniem będziemy wspominać rajskie chwile na Łotwie.

 

Ale popracować też trzeba było. Opuściliśmy więc nasze przytulne łotewskie gniazdko i udaliśmy się silną polsko – łotewską ekipą na wystawę do Estonii , do Tallina. Tak daleko na północy Europy jeszcze nas nie było.

Naszym cichym marzeniem było zakończenie kompletowania tytułów do uzyskania Baltic Championa. Konkurencja była silna i czuliśmy się trochę jak na wystawie gdzieś w Finlandii.

Ale ja już pierwszego dnia pokazałem na co mnie stać i zostałem Championem Estonii i tym samem Baltic Championem – po raz kolejny jestem pierwszym psiakiem w swojej rasie w Polsce który uzyskał ten tytuł. Prezentowałem się wspaniale....

 

 

i przywiozłem oryginalną statuetkę i kolejne rozety do kolekcji.

 

 

A Aśka po raz kolejny promieniała szczęściem.

 

 

Pamiętacie życzenia jakie otrzymaliśmy po marcowych sukcesach w Berlinie: „Cohen śpiewał:”First we take Manhattan, than we take Berlin” to wy możecie na odwrót: pakuj Diegusia i na Manhattan”....Słowo się rzekło i zrobiliśmy wedle życzeń, z tą małą różnicą, że zamiast do Nowego Jorku Aśka zabrała mnie do słonecznej Kalifornii do Hollywood – może ktoś zatrudni mnie w jakimś filmie , ha ha.

 

 

Do domu wróciliśmy pełni wrażeń i radości z wyprawy bałtyckiej. Ale w czerwcu czekało nas jeszcze jedno wyzwanie, a mianowicie klubówka w Lubieszynie i międzynarodówka w Szczecinie. Pojechaliśmy towarzysko aby spotkać się w gronie Flavago. Mieliśmy  obawy , ponieważ stawka  była niesamowicie silna (sąsiedzi zza Odry dopisali ), ale przecież ja jestem fighterem i mimo tragicznej pogody pierwszego dnia (Aśka nawet zrezygnowała z tradycyjnego czerwonego stroju).

 

 

I przy zmiennej pogodzie drugiego dnia (czerwony garnitur został jednak założony).

 

Dwukrotnie zostałem najpiękniejszym psem w swojej rasie, zdobywając wszystko co było do zdobycia, pokonując dwukrotnie świeżo upieczonego vice Zwycięzcę Europy. Szczególnie cieszy nas uznanie w oczach sędziego Zvi Kupferberga z Izraela, którego nikomu nie trzeba  przedstawiać. Hurra.

 

maj 2007 –  maj minął nam szybko, mimo, że nie wyjeżdżaliśmy za wiele. Aśka wybrała się do Łodzi – ja zostałem w domu. W Łodzi skutecznie kibicowała mojej młodszej siostrze Fridzie Flavago, która wygrała całą rasę. Poza tym szalała na ringu z Gunarem.

 

 

Nasz jedyny wyjazd, ale za to bardzo ważny miał kierunek Berlin, a celem było zakończenie Championatu Niemiec, ale po kolei....

Stolica Niemiec przywitała nas okropną pogodą. Zwiedzanie rozpoczęliśmy w ulewnym deszczu, ale dla mnie nigdy za wiele H2O więc z utęsknieniem patrzyłem na co większe zbiorniki wodne.

 

 

Jak wiecie uwielbiam długie spacery, więc nie mogłem przegapić okazji aby dokładnie obejść i obejrzeć sobie co ważniejsze miejsca w stolicy.

 

 

 

 

Mimo, że do tak dla mnie decydującej wystawy klubowej zostały godziny ja relaksacyjnie zajmowałem się obgryzaniem patyka przed samym Reichstagiem.

 

 

 

Aśka była w siódmym niebie, gdy dotarliśmy do Sony Center. Nareszcie mogła fotografować w stylu : „zgadnij co jest na zdjęciu”

 

 

 

Bardzo podobało mi się traktowanie czworonożnych przez dwunożnych. Nie było najmniejszego problemu aby grzecznie (i byłem grzeczny) posiedzieć sobie w kawiarni, a podczas obiadu pani kelnerka od razu mnie zauważyła i przyniosła czerwoną miskę z wodą. Ale ja jak to ja czasami bywam przekorny i bardziej spodobała mi się specjalna studzienka z poidełkiem dla zwierząt, które przetestowałem na Kuddamie.

 

 

Bardzo miłe było także zainteresowanie zwykłych przechodniów, którzy zaczepiali Aśkę i musiała udzielać „wywiadów” na mój temat. Hau hau.

Cóż mogę stwierdzić.......lubię Berlin i to bardzo.

 

 

A w niedzielę nota bene 13 maja po raz trzeci w tym roku wygrałem w stolicy Niemiec i zostałem Championem tego kraju. Jestem tym samym pierwszym psem w swojej rasie w Polsce, który może się poszczycić takim tytułem. Champion z kraju pochodzenia rasy, jeden z trudniejszych do zdobycia, o jaki walczyliśmy to jest coś. Wszyscy jesteśmy dumni i to jak.

 

 

Kwiecień 2007 – oj działo się działo. Jest to nasz rekordowy miesiąc pod względem podróży i zdobytych championatów. Ale po kolei…..

Tegoroczne święta wielkanocne spędziliśmy na Białorusi. Mimo tylu kilometrów dzielących nas od domu i prawdziwej zimy (śnieżyce dopisały na 100 procent) nastrój mieliśmy zapewniony.

 

 

Choć dwunożni byli przerażeni ilością śniegu, czworonożni mieli prawdziwy biały raj. Już teraz wiem, że uwielbiam zabawy z niufkami i landseerami, no może z wyjątkiem natarczywych maluchów, które zdobyły serce Aśki.

 

 

Pokazaliśmy się na dwóch wystawach w Mińsku i już po pierwszej z nich wykonaliśmy „ponadnormę” – wygrałem wszystko i tym samym zostałem świeżo upieczonym championem Białorusi.

 

 

Ale prawdziwe cuda działy się w czasie niedzieli wielkanocnej. Ponownie okazałem się najlepszy w swojej rasie, a na sam koniec wystawy zdobyłem 3 !!!!!! miejsce w grupie drugiej BOG. Sama Aśka przyznała, że prezentowałem się przepięknie , po prostu płynąłem po ringu honorowym. Gdy pani Ramune Kazlauskaite  z Litwy wybrała nas do finałowej ósemki już byliśmy szczęśliwi i nawet nie słuchaliśmy specjalnie, kto zdobył miejsca „na pudle”, a tu nagle: „Trjetije miesto, ciornyj mitelsznaucer” – przecież to my. Szczęście i odrobina szoku naszego i sporej grupy kibiców, którym baaaaardzo dziękujemy za doping. Na pierwszym miejscu znalazł się czarny terier rosyjski, który często jest gwiazdą BISów, natomiast drugie miejsce przypadło sznaucerowi olbrzymowi, który pierwszego dnia został okrzyknięty najpiękniejszym psem wystawy. Ochom i achom nie było końca, przywieźliśmy mnóstwo nagród, a wieczorem trwało świąteczne wielkanocne świętowanie wraz z naszymi nowymi znajomymi z Mińska.

 

 

 

W drodze powrotnej odwiedziliśmy naszych przyjaciół na Litwie i ich landseery. I tu znów spotkała nas śnieżyca, która spowodowała że pod Wilnem zjedliśmy kolację wraz ze śniadaniem. Ja byłem psiejsko zadowolony ponieważ dosłownie do północy szalałem z kumplami na świeżutkim śniegu, a rankiem cóż trzeba było ruszyć do domu.

 

 

Jeszcze dobrze nie ustawiliśmy naszych nagród w mojej witrynce, a już czekał nas kolejny wyjazd, tym razem wypoczynkowo- wystawowy. Stała ekipa obrała kierunek na Rumunię. Rozpoczęło się trochę pechowo – zamiast przysłowiowej kawki mieliśmy wymuszony, ale jakże sympatyczny nocleg na Słowacji. Ja byłem zachwycony ponieważ poznałem kolejnych czworonożnych kumpli,  poza tym Aśka zabierała mnie na fajowe spacery w doliny otoczone słowackimi Tatrami. Szalałem, szalałem….

 

 

….a właściwie szaleliśmy całym stadem.

 

 

Dzięki pomocy naszych słowackich znajomych alternator został naprawiony w tempie błyskawicznym, co zważywszy na właśnie rozpoczynający się weekend możemy nazwać cudem. Ruszyliśmy więc z jednodniowym opóźnieniem do Rumunii. Wszyscy zauważyli, że Bałkany przygotowały się na moją wizytę….Powitalne tablice czekały w każdym węgierskim i rumuńskim mieście.

 

 

Przez awarię nie dojechaliśmy na czas na wystawę krajową w Satu Mare więc bez rozgrzewki  dane nam było pokazać  się na międzynarodówce w Baia Mare. Nasze psie trio ( niufek, hovavart i ja) wypadło wspaniale i każdy z nas wywiózł wszystko co było do zdobycia. Najbardziej cieszyliśmy się, że mój wielki kumpel niufek Gremlin zakończył interchampionat. I oboje zostaliśmy Championami Rumunii.

 

 

Jednak najciekawsze było miejsce wystawy nazywające się dumnie „Strand Expo”. Okazało się, że jest to pływalnia miejska. Ja nie miałem tego szczęścia i pokazywałem się na trawie, ale cała reszta biegała po dnie basenu. Prawda, że wygląda to trochę jak na dnie słonego suchego jeziora…..

 

 

Szczęśliwi  dzięki pomocy i gestykulacji autochtonów udaliśmy się w podróż przez góry w góry Rumunii. Po drodze wypatrywałem Draculi, ale chyba nie chciał się z nami spotkać. Mając na uwadze rozwój intelektualno – poznawczy i ciekawość świata dwunożnych na dłużej zatrzymaliśmy się w miejscowości Sapanta, słynnej z wesołego cmentarza, rzeczywiście jedynego w swoim rodzaju.

 

 

 

Zostaliśmy tam kilka dni gdyż okolica urzekła nas swoim pięknem i spokojem, a ludzie niesamowitą wręcz otwartością i gościnnością. Słodkie nic nie robienie, wycieczki po okolicy, słuchanie odgłosów przyrody, posiłki nad potokiem….

 

 

……w którym dość szybko utopiłem moją ulubioną piłkę, to było to co lubimy najbardziej.

Z sentymentem będę wspominać  moją zabawkę,  którą teraz mam już tylko na zdjęciach.

 

 

Leniuchowanie łączyliśmy ze spacerami i zwiedzaniem najbliższej okolicy. Stanowiliśmy nie lada atrakcję dla miejscowych, którzy ambitnie przyjeżdżali oglądać Polaków z psami, a punktem kulminacyjnym była zawsze sesja zdjęciowa.

 

 

 

Aśka próbowała utemperować moją rogatą duszę i zaprowadziła mnie do monastyru….

 

 

 

…..ale na niewiele się to zdało, ponieważ zaraz po wizycie otrzymałem nową ksywkę: „Chicken killer” – nie moja wina, że jakaś ciekawska kura weszła na teren naszego obozowiska. Wszystkie znane mi dotąd ptaszydła umiały latać, a ona jedna nie. Przegoniłem ją i potarmosiłem trochę, biedaczka uciekła, ale jak się później okazało straciła swoje ptasie życie. Nie wiem może stres jakiś ją dopadł. Jestem tylko psem i nie wiem co to znaczy 20 lei, które Aśka musiała zapłacić w ramach rekompensaty właścicielce ptaszydła. Później słyszałem, że to jakieś 4 euro – eeee drobnostka.Gremlin też nieźle wywijał rozkochując w sobie rumuńską krowę, która z uporem krowiaka przychodziła do nas pod bramę i wydawała z siebie przeraźliwe muuuuu, a raz nawet próbowała nas gonić po wiosce.

 

 

Inne przygody też się zdarzały: w czasie jednego ze spacerów zniknęły nam klucze do przyczepy i dwunożni musieli robić niezłe wygibasy…….

 

 

Jednym słowem Rumunia, a przede wszystkim jej mieszkańcy urzekli nas . Wystarczyła chwila na zdjęcie i już za moment otrzymywaliśmy zaproszenie do domu na kawę (kierowca) i śliwowicę (Aśka). A jakie potem były wesołe nastroje w aucie, ho ho.

 

 

Mieliśmy nawet okazję poznać osobiście gwiazdę TV Bukareszt. Aśka od razu zrobiła sobie zdjęcie , przecież taka okazja może się już nie powtórzyć.

 

 

 

Niestety szybko nadszedł moment gdy trzeba było opuścić jakże gościnną Rumunię i przedostać się na Ukrainę, która ze swoją stolicą Kijowem była kolejnym celem naszej wyprawy. Na granicy rumuńsko-ukraińskiej trzeba było tradycyjnie pozałatwiać stosy formalności, odstawić mini show i zostawić temu i owemu kilka euro na tzw. kawę.

A później to już tylko szeroka, monotonna i nierówna droga do Kijowa.

Po drodze trafiła nam się nie lada gratka, mimo zapadającego zmierzchu ochrona wpuściła nas na teren historycznej twierdzy chocimskiej. Wrażenie było niesamowite, monumentalne budowle, wijący się w dole Dniestr, ogromne przestrzenie, cisza i my obserwujący jak nad miejscem wielkich bitew z Turkami zapada zmierzch. Takich chwil się po prostu nie zapomina.

 

 

 

Ja z ciekawością zaglądałem do ukraińskich studni, które były widoczne na każdym kroku.

 

 

Do Kijowa dotarliśmy w piątek po południu. Po zainstalowaniu się na terenie wystawy pozostało nam czekać na sobotę i pierwszą z dwóch  wystaw. Wolny czas mijał nam na podziwianiu budynków naszpikowanych symbolami z minionej epoki. Po prostu maxymalizm w całej krasie.

 

 

 

 

W sobotę jak się okazało najważniejszy był organizacyjny spokój i dobry podział obowiązków, ponieważ załatwienie formalności wymagało nie lada umiejętności. Zaopatrzeni w numerki i katalogi ruszyliśmy do akcji. Akcja została zakończona wspaniale. Znów nasze psie trio zdobyło wszystko. Jedną z nagród były zdjęcia dla zwycięzcy rasy, czyli także dla mnie.

 

 

Bardzo podobało nam się jak wszyscy Polacy sobie kibicowali, mieliśmy nawet naszą flagę narodową. Dla mnie doping był bardzo ważny, ponieważ miałem do pokonania pokaźną konkurencję. Nauczyłem się także że na komendę „Dawaj dawaj” i klaskanie zaczynam wtórować szczekaniem, a to okazało się niezwykle przydatne w czasie przekraczania granicy.

Wieczór dwunożni uczcili pysznym winem, przywiezionym jeszcze z Rumunii, a w niedzielę wszystko powtórzyło się jak w kalejdoskopie i znów wracaliśmy z podniesionymi ogonami. A od Aśki w prezencie otrzymałem piłkę identyczną jak tą jaką utopiłem w strumyku.

 

 

Do Polski wracaliśmy w doskonałych nastrojach, a dzięki dubletowi na kijowskich wystawach (najważniejszych na Ukrainie) zostałem Championem Ukrainy. Wiecie co, mam już 18 cacibów z 9 państw.  Uffffff. Chyba ustawiłem konkurencji wysoko psią poprzeczkę.

Pozostało nam już tylko przekroczyć granicę i  trzeba było w tym celu użyć wszystkich możliwych środków aby czas oczekiwania był minimalny. Fajnie, że mamy taaaaaką wyobraźnię i mogliśmy liczyć na pomoc kijowskiej straży pożarnej ( my wiemy o co chodzi), a nasze psie talenty wodno gruzowo narkotykowe zrobiły wrażenie na pogranicznikach. A to są już nasze ludzko-psie tajemnicze wspomnienia z tej podróży.

Podróżując po Bałkanach zrobiliśmy aż 4000 km. Mogę się nazywać Don Diego Globtroter.

Ten miesiąc był wyjątkowy: 5 cacibów w trzech państwach, zakończone 3 championaty, niezliczona ilość wspaniałych przygód. Czego można chcieć więcej?

 

 

 

marzec 2007 – rozpoczęliśmy sezon wystawowy, zresztą domagali się tego nasi kibice, którzy nawet pomimo panującej grypy nie mogli doczekać się naszego pojawienia na ringach. Dostaliśmy nawet wiersz od wielbiciela napisany specjalnie dla nas:

„No tak, są puchary i nagrody,

wiec Twój Diego już gotowy.

Lecz ja z dozą nieśmiałości,

...odrobiną ciekawości...

nawet skrytym wręcz pragnieniem,

...chorobowym przygnębieniem,

...pytam kiedy mej osobie [jeśli chcecie]

się w komplecie pokażecie?”

Jestem ciekawy kto tu był inspiracją do napisania tego eposu ? 

Ponieważ wszyscy którzy zawsze tak dzielnie trzymają za nas kciuki są dla nas ważni nie trzeba było długo czekać na nasz występ.Więc pojechaliśmy na Litwę do Wilna, a tam zrealizowaliśmy nasze pierwsze marzenie na rok 2007. Zostałem Championem Litwy i z pięknym dyplomem i w jeszcze piękniejszych nastrojach wracaliśmy z tak przyjaznego nam kraju. I tylko żal było ze Cacib, który zdobyliśmy nie zakończył nam zdobywania tytułu Interchampiona (do przepisowego roku  brakowały nam tylko 2 dni), ale jak to się mówi co się odwlecze to nie uciecze.....ale o tym za chwilę. Na wileńskich ringach prezentowałem się wspaniale i szczególnie ucieszyło nas uznanie w oczach pani Carmen Gil Polo z Hiszpanii.

 

 

 

Marcowej tradycji stało się zadość i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Iławie u mojej siostry Carmenki. Dla mnie najfajniejszy był spacer w prawdziwie wiosennej aurze i .... pierwsze tegoroczne umoczenie łapek w jeziorze. Oczywiście jak zwykle pomęczyłem Miłka, który musiał sprostać moim psim wymaganiom zabawowicza.

 

 

 

 

Po tygodniu nasza przeogromna radość nie miała końca gdy w Katowicach wygrałem dosłownie wszystko co było do wygrania ,ale najważniejszy był Cacib, który zakończył naszą drogę do Interchampionatu. Hurra, w ten oto sposób przez tydzień spełniły się nasze dwa ludzko-psie marzenia dotyczące roku 2007. Zostałem Interkiem dokładnie w rok i tydzień w wieku 30 miesięcy, to też pewnego rodzaju malutki rekord. Przez ten czas zdobyłem 12 Cacibów w 6 krajach !!!!!!, może powinniśmy część wystawić na allegro – przecież to wystarczy do obdzielenia jeszcze dwóch psiaków. Dwunożni nie kryli wzruszenia a ja byłem zadowolony, że na ringu mam godnego siebie następcę czyli mojego półbraciszka Eduarda Flavago, który zdobył na wystawie swoje pierwsze dorosłe cwc i r.caciba.Tak prezentowaliśmy Flavagowców:

 

 

 

Do Poznania wróciliśmy w doskonałych nastrojach i jeszcze chyba nie do końca wierząc w to wszystko co się wspaniałego zdarzyło w tym miesiącu. Z okazji Interchampionatu został zamrożony i odkorkowany prawdziwy francuski szampan: „Tak smakuje szczęście!!!”

 

 

W marcu podjęliśmy ponownie rękawice i pojechaliśmy do Niemiec, które zawsze będą stanowić dla nas wyzwanie. W tym roku w Berlinie z okazji jubileuszu wystawy międzynarodowej zorganizowano także klubówkę. Nie omieszkaliśmy skorzystać z takiej okazji i pokazaliśmy się przepięknie na obu  wystawach, zdobywając wszystko co było do zdobycia. Dwa dni pod rząd przy licznej konkurencji zostałem zwycięzcą rasy i przywiozłem cały worek nominacji . Teraz jestem już o krok od zostania championem Niemiec – tego tytułu  w naszej rasie nie posiada żaden pies w Polsce. Zresztą jak tak patrzę to jestem prekursorem w osiągnięciach w naszym kraju. Nieskromnie stwierdzam że zostawiliśmy innych w tyle. W Berlinie szczególnie podobało nam się dokładne i skrupulatne sędziowanie, a także pewne innowacje, z którymi spotkaliśmy się po raz pierwszy np.: na kartach ocen nie ujawniano nazwy psa , właściciela i hodowli. Cel wiadomy a my uważamy, że to świetny pomysł. Bardzo podobają się nam smsowe życzenia , jakie otrzymaliśmy po zdobyciu stolicy Niemiec :”Cohen śpiewał: First we take Manhattan, than we take Berlin. To wy możecie na odwrót: pakuj Diegusia i na Manhattan”. Raz jeszcze wielkie dzięki dla tych wszystkich którzy za nas trzymali kciuki, kibicowali nam i do końca wierzyli w powodzenie każdej z naszych wypraw.!!!!!

 

 

Jak sami widzicie marzec 2007 to miesiąc naszych wielkich sukcesów na ringach Polski i Europy. Czegóż można chcieć więcej.......

 

styczeń 2007- pozwólcie że na początku roku 2007 pobawimy się w statystyków, mój wkład w analizy jest taki , że byłem grzeczny i nie przeszkadzałem Aśce gdy spisywała, liczyła, dodawała i podsumowywała miniony rok, który skrótowo możemy określić dwoma słowami: WIELKI SUKCES !!!

Więc tak:

* 16 000 kilometrów przejechaliśmy podróżując na wystawy polskie i zagraniczne

* 6 krajów odwiedziliśmy w czasie naszych wspólnych wypraw ( Litwa, Łotwa, Niemcy,  Polska, Rosja, Węgry)

* 20 wystaw zaliczyliśmy w roku 2006 ( z tego 9 poza granicami Polski ), w tym 14 z prawem przyznawania caciba ( 6 krajowych, 8 zagranicznych), 3 krajowe w Polsce, 2 klubowe (w Polsce i na Węgrzech) i oczywiście ta jedna najważniejsza Światówka w Poznaniu.

* 10 CACIBów  w 6 państwach Europy to nasz wielki sukces (Litwa, Łotwa, Niemcy, Polska, Rosja, Węgry)

* 4 resCACIBy  (Niemcy i Polska)

* 21 CACów z 6 państw europejskich (Litwa, Łotwa, Niemcy, Polska, Rosja, Węgry)

* 15 BOS czyli tyle razy uznano mnie za najpiękniejszego psa na wystawie

* 7 BOB czyli szczęśliwa siódemka oznacza, że tyle razy zostałem okrzyknięty Zwycięzcą Wystawy

* 18 sędziów z 10 państw miało okazję podziwiać i oceniać moją pracę i wygląd na ringu

* 4 tytuły championa ( Polska, Łotwa, Rosja, RKF ) to coś o czym nie marzyliśmy rozpoczynając rok wystawowy 2006

* każdy prestiżowy tytuł, kwalifikacja na angielskiego Cruft’sa, medal, rozetka czy puchar to nagroda za naszą wspólną pracę

* i najważniejsi w naszej statystyce to nasi nowi i starsi przyjaciele i znajomi, z całej Polski i Europy, którym dziękujemy za wspaniały doping, trzymane kciuki, pomoc, świetną zabawę i towarzystwo.

Oby rok 2007 był jeszcze lepszy od poprzedniego.

 

 

Mój zdobyczny inwentarz przeliczony mogę iść na spacer.

 

grudzień 2006 – zaczął się fajnie, okazało się, że Aśka miała odrobinę dłuższe zwolnienie lekarskie niż przewidywaliśmy, a dla mnie oznaczało to jedno: miała dla mnie więcej czasu.Nic dziwnego że rozbrykałem się troszkę przed świętami. A na dodatek wszystkie łosie i renifery powychodziły z zakamarków i szaf, ale raj.

 

 

 I właśnie w reniferowym klimacie składaliśmy wszystkim gwiazdkowe życzenia. Moje ubiegłoroczne spełniły się co do joty, a nawet z wieeeelką dokładką. Na rok 2007 też już mam marzenia i jak zwykle nie mówię głośno czego sobie życzymy, po prostu niech się spełnia. Dodam tylko po cichutku: ”szczęścia by zawsze móc wygrywać, bo wygrywanie najciekawsze” – tego sobie i wszystkim innym czworonożnym życzę na cały nowy wystawowy rok.

 

 

 

Naszej domowej tradycji stało się zadość i święta spędzaliśmy bardzo aktywnie, jak widać nic nie poszło mi w boczki i trzymam formę ponad normę.

 

 

Ogromna szkoda, że jak dotąd prawdziwa zima nie dopisuje, ja tak uwielbiam śnieg, a tymczasem mogę brodzić w jesiennych liściastych klimatach.

 

 

listopad 2006 –  i stało się nastał listopad, miesiąc w którym my czworonożni mamy swoją psią olimpiadę czyli World Dog Show – Światową Wystawę Psów Rasowych. Mam fajnie że tym razem organizatorem tej prestiżowej imprezy jest moje miasto Poznań. Przynajmniej nie muszę nigdzie jechać, a wszyscy przyjeżdżają do nas. W domu przybyło mi towarzystwa z rodzinki Flavago. Stale jakiś ruch, Aśka biega i pomaga innym w organizacji życia przed, w trakcie i po Światówce. Karuzela kręci się jak szalona i dobrze... przynajmniej w tym całym zgiełku nie ma za dużo miejsca na nerwy.

W dniu wystawy odczuwałem duuuże poddenerwowanie dwunożnych, a więc co tam postanowiłem trochę rozładować atmosferę w trakcie samej prezentacji mnie na ringu. Na początku  przesadziłem z luzem i naprawdę !!!! nieświadomie dałem Aśce w przysłowiową kość. Nasi kibice, których sporo się zgromadziło z niepokojem obserwowali moje „występy” i coś mi się zdaje że może nawet zakładali się o wytrzymałość nerwową Aśki. Ale Aśka to jednak kobieta o stalowych nerwach i udało jej się jakoś nade mną zapanować (a może w jakiś cudowny sposób przemówić do mojego rozbrykanego tego wyjątkowego dnia charakterku) i doprowadzić prezentację do jakże przeszczęśliwego finału. Faktem jest, że na ringu pokazałem typowo sznaucerkowaty charakter, na widok Pani Sędziny ogon kręcił się jak śmigło helikoptera z prędkością światła, a  od czasu do czasu wydobywałem z siebie raaaadosne szczeknięcia.

Prezentacja trwała wyjątkowo długo, a na pewno wpływ na to miała ilość konkurentów  ( w sumie było nas 14). W przeważającej większości to sławy międzynarodowych ringów, ze wspaniałymi osiągnięciami, niektórzy to prawdziwe legendy, a wśród tych wszystkich gwiazd znalazłem się ja - najmłodszy champion w całej stawce. I stało się coś w co długo długo nie mogliśmy uwierzyć, a Aśka nawet nie zauważyła że na ringu zostaliśmy tylko my i 3 inne championy . Miejsce na lokacie to coś o czym cichutko sobie marzyliśmy, ale nigdy nie myśleliśmy o spełnieniu tych marzeń, a tymczasem okazało się że nie dla nas przeznaczona była tabliczka z numerkiem 4, na nas czekała TRÓJKA !!!!!!!!!!!!!!!. Tak tak medalowa lokata w stawce 14 championów. Wielka radość, szczęśliwość i uczucia, które trudno wyrazić słowami. Po prostu sen przepiękny i nasz największy sukces. Nigdy nie sądziliśmy, że nasz pierwszy medal w kolorze brązowym sprawi nam tyle radości. Jestem trzecim championem świata, możecie mi teraz mówić Mistrzu, hau hau

 

 

 

Aśka musiała się ze mną nieźle natrudzić, nabiegać....i choć początkowo nie wierzyła w to co się stało.....

 

 

 

 

 

......już za chwilę promieniała szczęściem.

 

 

Upust naszej wielkiej radości daliśmy na stoisku mojej ulubionej karmy Purina, gdzie poczułem się jak prawdziwa gwiazda, a szczekaniem przyciągałem uwagę publiczności. Musicie przyznać, że pięknie się prezentujemy......

 

 

 

 

......a nasze zdjęcia można zatytułować: Tak wygląda szczęście.

 

 

 

 

Oczywiście jako prawdziwy model po naradzie z Aśką, muszę trochę powybrzydzać więc ......

 

......Panowie więcej wiatru proszę !!!!!

 

 

 Po sesji zdjęciowej skonsumowałem zasłużoną miskę pełną Puriny  i udałem się z dwunożnymi po prezenty dla Mistrzunia, czyli dla mnie. Hau hau to lubię najbardziej.

Po wystawie zrobiliśmy w domu wielkie świętowanie , drugą gwiazdą była Fathia Flavago moja młodsza siostra, która na Światówce zdobyła pierwsze miejsce i zaszczytny tytuł Najpiękniejsze Szczenię . Nawet mamy podobne medale, porównaliśmy je sobie bardzo dokładnie. Oj działo się działo, a radości nie było końca.

 Mimo sukcesu nie spoczęliśmy na laurach i tydzień po naszej psiej olimpiadzie pojechaliśmy na północ Europy do Rygi na wystawę Zooexpo. W trakcie podróży wymienialiśmy jeszcze wrażenia po wystawie poznańskiej, ale przede wszystkim zastanawialiśmy się jak nam pójdzie na Łotwie. Nasza silna grupa pod wezwaniem stanęła na wysokości zadania. Pokazaliśmy na Łotwie 5 psów, a wróciliśmy z potrójnym zwycięstwem rasy, cacibami i cacami, co na Łotwie oznacza automatyczne zdobycie tytułu Champion Łotwy. W dwóch przypadkach wywieźliśmy res.caciby. Wzajemnie sobie dopingowaliśmy i trzymaliśmy za siebie psie łapki i człowiecze kciuki. Ja prezentowałem się wspaniale i w ramach rekompensaty za światówkę zachowywałem się jak aniołek.......

 

 

 

Gunar też stworzył super duet z Aśka i wygrał klasę championów otrzymując w porównaniu res.Caciba

 

 

A niufki i landseer to już extraklasa, która uwielbia się pokazywać szerokiej publiczności

 

 

W listopadzie przekonałem się  jak przewrotne są kobiety. Ponieważ aura sprzyjała była okazja do zamknięcia sezonu ogrodowego. Odwiedziła mnie moja ogródkowa koleżanka buldożka francuska Schila. Bardzo ją lubię jest wesoła, wszędzie jej pełno i uwielbia mnie gonić.

 

 

Ja staram się ją adorować  i troszczę się aby niczego jej nie brakowało ale dziewczyny uwielbiają nas trzymać na dystans i w niepewności....

 

 

....ale ja jestem prawdziwym gentelmanem i wiem jak im zawrócić w głowach....

 

......poszeptam jej do uszka trochę czułych słówek.....

 

.........zrobię dla niepoznaki kilka przewrotek......

 

.......a ona w tym czasie perfidnie obgryzie uszka mojemu ukochanemu tygryskowi.

 

 

 

 

 

październik 2006 –  nareszcie trochę luzujemy z wystawami, choć najważniejsza impreza w tym roku : Światówka dopiero przed nami i coś mi się zdaje, że dwunożni są przerażeni jak nigdy dotąd. Dobrze, że mój psi rozumek nie zdaje sobie do końca ze wszystkiego sprawy i żyje własnymi sprawami. Fajnie że na dworze nie ma już takiego upału, ale niestety dni są coraz krótsze i nie mogę spędzać ich na ogrodzie, a spacery łąkowe uległy obcięciu o spacer wieczorny i w związku z tym grzecznie chadzam po parkowych alejkach.

Ale co tam na ringu w październiku poszalałem tylko raz, ale za to jak pięknie. W towarzystwie Darka pojechaliśmy do Rostocku i możemy napisać Veni Vidi Vici. Ze stoickim spokojem obejrzałem całą niemiecką konkurencję, z charakterystycznym dla mnie pazurkiem pokazałem się na ringu i zdobyłem wszystko co było do zdobycia. Ale największą frajdę sprawiły nam gratulacje i brawa za przepiękną prezentację. Oj rzeczywiście Aśka pokazała mnie wspaniale. Do Koszalina wracaliśmy szczęśliwi i nawet zmęczenie uciekło gdzieś w dal. Szampanik został skonsumowany , o wrażenia proszę pytać dwunożnych.

 

 

wrzesień 2006 – po typowo wakacyjnym sierpniu przyszedł wrzesień i aż do teraz nie mogę ogarnąć worka z sukcesami, który sypnął dla nas taaaaaką obfitością. Nasza główna misja była skierowana na południe Europy i nosiła kryptonim Węgry. Mogę zameldować o wykonaniu 1000% normy. Na początku był Kecskemet. Najbardziej podobał mi się nasz kemping, na którym w każdym domku mieszkały psy i psiarze – poznałem międzynarodowe towarzystwo i mam teraz kumpli z różnych ras. Już wiem dlaczego Aśce tak podobają się wyżły węgierskie. Dwunożni poznawali innych dwunożnych (zaczęło się już w Krakowie) i zacieśniali przyjaźnie polsko-węgiersko-serbsko-niemieckie. Ach, jak zwykle korzystaliśmy kulinarnie i zajadaliśmy się  typowo madziarskimi przysmakami. Langose są przepyszne!

 

 

Przy wspaniałej pogodzie, po bardzo dokładnych porównaniach (żeby tak oceniano psy na każdej wystawie) zostałem dwukrotnym królem wśród psów , zdobywając dwa CACIBy i dwa wnioski na Championa Węgier. Ale najbardziej ucieszyła nas kwalifikacja na prestiżową wystawę Cruft’s w Anglii.

 

 

 

Do Polski wracaliśmy tylko na moment, ale za to w jakich nastrojach. Poszaleliśmy jeszcze na wystawie w Zielonej Górze, a był to mój debiut w klasie championów, który zakończył się zwycięstwem rasy, i dojściem do ścisłego finału Best Of  Group.

 

 

 

 

Stęsknieni za wspaniałą atmosferą na madziarskich ringach, mimo zamieszek w stolicy Węgier, ponownie pojechaliśmy do ziemi Arpada. Tym razem naszym celem było urokliwe Gyal pod Budapesztem, gdzie odbywała się klubówka. Było wspaniale: mieszkaliśmy w okrągłym , pobielonym domku krytym prawdziwą strzechą. Moim ulubionym miejscem był tzw. zapiecek.

 

 

 

Jak zwykle integracja przebiegała bezproblemowo.

 

 

Doskonały nastrój przełożył się na wyniki. Zdobyłem dla Aśki tak przez nią wymarzony tytuł Zwycięzca Klubu Węgier. Ale radocha. Dorzuciłem kolejną nominację na championa Madziarów i pierwszą nominację ISPU. No i puchar........chyba zmieści się w niego litr Tokaja.

 

 

 

W czasie naszych podróży zatrzymaliśmy się na dłużej w Krakowie, by moim czarnym spojrzeniem na Wisłę i Wawel ukoić moją rogatą duszyczkę.

 

 

sierpień 2006 – w sierpniu zapewniono mi bardzo wakacyjny nastrój. Czas upłynął mi na spotkaniach z moimi kumplami. Z Majką i Elim znów bawiliśmy się w leśnych tropicieli.

 

 

 

Z Regisem szalałem na ogrodzie....

 

 

 

.....a także na gościnnych występach nad jeziorem w Rogowie. Łąka, las i jezioro należały do nas, a nasza ulubiona zabawa to dwie czarne torpedy.

 

 

 

 

 

 

 

Na nasz tajny psi, ogoniasty znak „Diabelskie rogi”....

 

 

.....udawaliśmy się na naradę aby pogadać o sznaucerowatych sprawach.

 

 

 

A później już tylko relaks i łapy, łapy cztery łapy, a na łapach pies kudłaty.

 

 

 

Z wystawami dali mi spokój. Wspaniale zaprezentowałem się w Sopocie zdobywając CACIBa i dokładając się tym samym do sukcesu „Mafii Flavago”. Po wystawie dwunożni, na czele z ojcem chrzestnym Darkiem naradzali się we własnym gronie, a czarna sfora szalała w ulewnym deszczu gdzieś na Kaszubach. Mam fajową młodszą siostrę Fayolę – jest tak samo postrzelona jak ja.

lipiec 2006 – upał, upał i jeszcze raz upał. Dobrze że dwunożni myślą o wychładzaniu mojego czarnego organizmu i tak organizują mi czas, że jest miło, przyjemnie, a przede wszystkim mokro. Całe dnie spędzam na ogrodzie a urządzenia nawadniające nie mają przede mną żadnych tajemnic.

 

 

 

W sprawach wystawowych oj działo się i to na najwyższym szczeblu. Zaliczyliśmy tylko jedną wystawę i jedną podróż ale za to jaką i z jakimi efektami. Zaopatrzeni i posegregowani w teczki z niezbędnymi dokumentami do przekroczenia granicy pojechaliśmy do Rosji do Kaliningradu. Miasto wywarło na nas pozytywne wrażenia, a jeżeli chodzi o szybką organizację wystawy to byliśmy odpowiednio ukierunkowani więc duży szok nas ominął. Ale co tam liczy się to, że wygrałem rasę , zdobyłem Caciba, ale największą niespodzianką  było wywalczenie od razu dwóch championatów Rosji i Rosyjskiej Federacji Kynologicznej. Ten drugi to niezła gratka a jednocześnie najmilsza niespodzianka całej wyprawy. Do kompletu dorzuciłem puchar i rozetkę

 

 

 

 

Wyprawa lekko egzotyczna, ale będziemy ją przemile wspominać, a przy okazji dziękujemy Wszystkim, Wszystkim, Wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób byli naszymi dobrymi duchami tej wyprawy. Ten sukces to nasza wspólna nagroda . A ja z mojej psiej strony wysyłam w podzięce moje jakby nie spojrzeć baaaaardzo powłóczyste spojrzenie. Czy te oczy mogą kłamac?

 

 

Z nowości międzynarodowych otrzymaliśmy wyczekiwane członkostwo w Węgierskim Klubie Pinczera i Sznaucera. Ale jestem dumny, chyba czas nauczyć się szczekać po węgiersku. Swoją drogą jesteśmy pod wrażeniem działalności klubu, ach żeby tak i u nas......

 

Wakacje spędziłem nad jeziorem w urokliwym Zbąszyniu. Szkoda, że takie lato nie może trwać wiecznie. Buszowałem po okolicznych lasach, ale najwięcej czasu zajmowała mi praca w wodzie. Swoją drogą jestem ciekawy jak udało się Aśce schować przede mną taką fajną piłkę wodną. Podobno była u  nas w domu już od maja.

 

 

 

 

 

Dla wszystkich zainteresowanych mogę zorganizować kurs pływania z aportowaniem połączony z baletem w wodzie. Poniżej zamieszczam podstawy......hau hau.

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwiec 2006 – zastanawiam się ile kilometrów pokonaliśmy podróżując w tym tak ważnym dla nas miesiącu. Nie było lekko ale opłaciło się, wykonaliśmy założony plan na 1000 % normy. Właśnie, a nikt nie przyznał mi tytułu psiego przodownika. Na początku miesiąca pojechaliśmy na Węgry, które w życiorysie Aśki stanowią bardzo ważny rozdział. Odwiedziliśmy Miskolc, a przy okazji pokazałem się na pierwszej węgierskiej wystawie. Nie powiem polubiłem ten kraj i już myślę o następnej podróży do ziemi Hunów. Na wystawie wygrałem wszystko i przywiozłem fajne nagrody : piękny puchar, wstążeczki i kolorowe sznurki, które od razu próbowałem skonsumować na ringu. Poznałem madziarskich czworonożnych, a Aśka zacieśniła współpracę w myśl przysłowia: „Polak Węgier dwa bratanki.....Magyar Lengyel két jó barát.....” Ogromna szkoda, że nikt nie wpuszczał psiaków na baseny termalne, tu dwunożni  mieli przewagę

 

 

 

 

W drodze powrotnej mogłem poczuć atmosferę Krakowa, więc korzystaliśmy. Zastanawiam się czy PKP nie powinno mi przyznać tytułu Honorowy i Najgrzeczniejszy Pasażer. Mógłbym być świetną żywą  reklamą np.:”PKP to pociąg do sukcesu” hihi. Może Aśka powinna pomyśleć o tym poważnie. Tak naprawdę to bardzo lubię podróżować ,a  najbardziej właśnie pociągami.

 

 

 

Zaraz po wizycie na Węgrzech, czekała nas ważna misja w Kaliszu. I udało się . Dokładnie w pół roku i jeden dzień zakończyłem zdobywanie Championatu Polski. Jak widzicie po naszych minach wracaliśmy niezmiernie szczęśliwi, że udało nam się zrealizować najważniejszy cel tego roku, który mam nadzieję, przyniesie tylko pozytywne następstwa w kolejnych miesiącach.

 

 

 

 

Ale wystawa w Kaliszu to także inne sukcesy Aśki , o których muszę Wam powiedzieć. Zwycięstwo odniósł mój kumpel Berneńczyk Gunaro, który razem z Aśką stworzył doskonały duet i wygrał rasę a przede wszystkim zajął 3 miejsce w Best In Show II Grupy.Byłem pod wrażeniem a do domu wracaliśmy w doskonałych nastrojach.

 

 

 

Czerwiec wystawowo zamknęliśmy w Lubieszynie i Szczecinie. Poszło nam znakomicie. Przywiozłem worek tytułów, medali i statuetek. Na jednej z nich stoi szklany sznaucer, który bardzo wpadł w oko wystawcom z Niemiec. Oczywiście wystawy to doskonała okazja  do spotkania z moja siostrą Chingą, z Kariną i Darkiem oraz miłośnikami sznaucerów zza Odry.Nie mogę pominąć kolejnego sukcesu duetu Aśka – Gunaro .Aż chce się wołać duety do mety, hau hau. Gu zdobył CACIBA i został Championem Polski. Oj będziemy świętować zakończenie w czerwcu dwóch championatów.

 

 

 

Odnoszę także sukcesy w całkiem innych dziedzinach psiego życia. Na naszej łące udało mi się prawie upolować dorosłego bażanta. Co prawda w ostatniej chwili ptaszysko uciekło, ale jakieś trofea pozostały na mojej brodzie. Może powinniśmy się zastanowić nad próbami polowymi.....

 

 

 

maj 2006 - zobaczcie jaką niespodziankę przygotowali dla mnie dwunożni, dostałem swoją pierwszą prawdziwą piłkę do nogi, a właściwie do czterech łap. W końcu mam tyle zwycięstw na swoim koncie, że należało mi się. Zabawa jest wyśmienita, nawet zastanawiam się czy nie pojechać na mundial, ale może okazać się że mój wysoki poziom bardzo odbiega od naszych piłkarzy i tylko im wstydu narobię. W tajemnicy powiem Wam, że moje imię często (najczęściej przez mężczyzn ) jest kojarzone ze słynnym Diego Armando . Don Diego gola......

 

 

 

Ale nie samymi przyjemnościami pies żyje. Jedną majówkę spędziliśmy na wystawie w Łodzi. Poznaliśmy wiele ciekawych osób, przede wszystkim nowe grono Flavagowiczów - dziękujemy za prześliczne zdjęcia, których próbkę za chwilę obejrzycie. Wystawa poszła nam i mojej siostrze Carmence śpiewająco, a ja doskonale pracowałem z Aśką.

 

 

 

 

 

 

 

Takie efekty osiągamy przez zabawę i ćwiczenia, ja oczywiście wolę to pierwsze ale jeżeli dwunożni się uprą to pokazuję się także z innej strony.

 

 

 

Przed swoja pierwszą wystawą odwiedził mnie w celu postrzyżyn mój młodszy brat Esteban vel Regis. Oj nie zazdrościłem mu strzyżenia wolałem sobie hasać po zielonej trawce, ale juz po wszystkim szaleliśmy wspólnie: niekończące się gonitwy i kręcenie szalonych kółek. Bardzo trudno było zebrać cała gromadę do wspólnego zdjęcia.....hihi. Daliśmy dwunożnym w kość. Jestem ciekawy czy wiecie kto jest kto?

 

 

 

 

 

kwiecień 2006 - kwiecień miesiącem r.CACIB- ów, takie hasło obowiązuje w tym miesiącu. Zaczęliśmy z wysokiego c - pełni pokory pojechaliśmy do Berlina, Aśka mówiła coś o "paszczy lwa". Jako Diego przyznam, że było fajnie : tylu średnich czarnych i na takim poziomie jeszcze nigdy nie spotkałem, a zaowocowało to całkiem nowymi fajnymi znajomościami. Wszyscy myśleli, że jesteśmy ze Szwecji- to pewnie przez ten blond - :), ale najważniejsze jak mi poszło, a poszło znakomicie, wygrałem swoją klasę zdobywając nominacje na Championa Niemiec, a później to już tylko biegaliśmy, biegaliśmy i biegaliśmy. Dobrze że Aśka ma dobrą kondycję : w innym przypadku sam musiałbym wybiegać sobie r-CACIBa, hihihi. ale jeszcze lepiej musiał biegać Miłek z moja siostrą Carmenką , wybiegali sobie CACIB-a. Tak w ogóle wystawa berlińska to całkiem inne aczkolwiek bardzo ciekawe doświadczenie. Zastanawiam się, czy gdybym był yorkiem dostałbym w nagrodę psią sofkę za jakieś 300 euro ??? Ale ja jestem sznaucerem z temperamentem i dostałem super piłkę, która stała się moim ulubionym gadżetem spacerowym.

Najważniejsze, że na dobre rozpoczęliśmy sezon ogrodowy, nareszcie będę się w pełni delektował świeżym powietrzem i przebywał na dworze po kilka godzin dziennie. Choć na drzewach jeszcze nie ma za liści ja juz jestem szczęśliwy.

 

 

 

 

Dobry humor pobudza umysły i mam dla wszystkich zagadkę: co to jest, proszę patrzeć na zdjęcie poniżej:.........

 

 

Odpowiedź: oto moja ulubiona relaksacyjna poza na tak zwaną żabę, tylko nie rozumiem dlaczego ludzie śmieją sie gdy tak leżę......pewnie mi zazdroszczą.

 

 

W tym miesiącu przyszedł także czas na całkiem poważne sprawy: zostałem poddany prześwietleniu na dysplazję biodrową, każdy szanujący się kawaler powinien mieć takiego asa w rękawie. I ja już mam : moi rodzice przekazali mi super geny, a efekt to najlepszy wynik badania HD-A. Oczekiwanie na wynik było odrobinę nerwowe, ale najbardziej dwunożni denerwowali się gdy odpływałem w krainę psich snów, śniło mi się że.........nie powiem co, bo to tajemnica psiego umysłu.
Bardzo fajnie spędziłem czas gdy odwiedził mnie mój młodszy brat Regis, nareszcie ma już dłuższe łapy i możemy się gonić z prędkością światła. Jestem ciekawy kto był bardziej zmęczony ja czy on. hihi.

 

 

 

 

Wspominałem Wam że kwiecień to miesiąc r-CABIB-ów. Jak wspaniale się zaczął tak wspaniale się skończył. na wystawie międzynarodowej w Opolu wygrałem swoją klasę, zdobywając kolejną nominację na Championa Polski i drugiego w tym miesiącu r- CACIB-a. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jaki wspaniały prezent dostanę od Aśki za to jaki jestem kochany, ale o niespodziance dowiecie się w maju.

 


 

 

marzec 2006 - marzec miesiącem CACIB-ów - oto moje najnowsze hasło. Ale od początku ......zaczęło się od tego, że dostałem własny w pełni europejski paszport, nawet gwiazdki unijne są hau hau. A to oznacza że po raz pierwszy wyjechałem za granicę. Pojechaliśmy silną grupą pod wezwaniem "sznaucery" na Litwę do Wilna. Ekipę stanowili Carmenowicze, na czele z moją siostrą Carmenką i Diegowicze pod moim przewodnictwem. Podróż minęła szybko i od razu zdążyliśmy zapoznać się z litewska policiją i mogliśmy wykorzystać nowo poznany zwrot laba diena (dla niewtajemniczonych dzień dobry).

 

 

Wilno powitało nas śniegiem, a my od razu udaliśmy się pod Ostrą Bramę i na pierwszy rozpoznawczy spacer. Dwa kolejne dni upłynęły nam na wystawianiu swoich wdzięków, oglądaniu miasta i poznawania meandrów litewskiej kuchni (ach te bliny, cepeliny, kołduny mniam mniam).

 




 

 

Wystawianie poszło znakomicie. Zdradzę Wam, że Aśka do dziś nie wierzy w te nasze sukcesy. Zdobyłem dwie nominacje na interchampiona, dwie na championa Litwy, wspaniałe tytuły Zwycięzca Litwy i Zdobywca Pucharu Wilna. Jako zdobycz przywiozłem dwa puchary i dwie kolorowe rozetki. Bardzo ucieszyło nas uznanie zdobyte w oczach sędziego z Rosji, który jakby nie było stworzył rosyjskie pieprzaki pana E.Yerusalimskiego.

 



 

Ach nie mogę zapomnieć o mojej nowej koleżance Azie, która jak nikt strzegła naszego wileńskiego lokum. Uwielbiałem bawić się z nią w świeżutkim śniegu.

 

 

I tak pełni wrażeń powróciliśmy z naszej pierwszej i mam nadzieję nie ostatniej zagranicznej wyprawy. Jeszcze trochę czasu spędziłem w mieście Carmenki i w glorii chwały wróciłem do Poznania.

 






 

Chyba było mi mało tych zaszczytów i na koniec miesiąca poszalałem jeszcze w Katowicach, zdobywając 3 w tym miesiącu i w moim diegulowatym życiu CACIB. A za to że zostałem najpiękniejszym psem, dostałem piękny puchar - podoba mi się najbardziej z mojego zbioru. Teraz z niecierpliwością czekam na dalsze wyzwania i wyprawy.

 

[do góry]

 

luty 2006- dużo się działo w tym miesiącu zakochanych, dopadła mnie strzała psiego amora i często miewałem humory nieszczęśliwie zakochanego, nie interesowała mnie pełna miska ani moje ulubione zabawki, ale potrafiłem wziąć się w garść i stanąłem na wysokości zadania w czasie walentynkowej wystawy w Bydgoszczy: wygrałem rasę i tak udanie rozpoczęliśmy sezon wystawowy. Razem z moją siostrą Carmenką umówiliśmy się na następne wyjazdy. Zdradzę Wam tajemnicę, że tym razem pojedziemy znacznie dalej.
Krótki, przepełniony miłosnymi uniesieniami luty, zakończył się wspaniałym , jeszcze w zimowej aurze, spacerem z moimi ulubionymi kumplami Majką i Elim.

 





[do góry]

 

styczeń 2006 - i znalazłem się w roku 2006 , jestem ciekawy jaki będzie , rozpoczął się fantastycznie od noworocznego spaceru po zimowym lesie: jak zwykle szalałem i wszędzie było mnie pełno. Poza tym obiecałem sobie i Aśce, że........   ale tego Wam nie zdradzę, niech pozostanie moja czarna psia tajemnica.

 



[do góry]

 

grudzień 2005 - czekam na śnieg. Jestem chyba yetisznaucerem ;). A od początku grudnia ciężka praca: czas zacząć działać w starszych klasach. I tak pojechaliśmy do Legionowa. Tam spotkałem się z moja rodzoną siostrą Carmenką. Oj chyba czeka nas niejedna wspólna podróż. Oboje zaprezentowaliśmy się wspaniale i rozpoczęliśmy marsz po tytuł Championa Polski. A ja po raz pierwszy (i mam nadzieje nie ostatni) wygrałem rasę wygrywając z niepokonanym dotąd Heartbreakerem i Funny Trill z Rosji. "Wiec warto mieć marzenia doczekać ich spełnienia" tralalalala.

 

 

Nic dziwnego że święta były baaardzo radosne, a w psiej skarpecie znalazło się to i owo.

 

[do góry]

 

listopad 2005 - rozpoczął się nerwowo. Aśka na pewno się denerwowała w czasie międzynarodowej wystawy w Poznaniu. Tylu znajomych, nawet Karina i Darek przyjechali nam pokibicować i podtrzymać na duchu też. hihi. "I jak tu dobrze nie wypaść" pomyślałem i zrobiłem co trzeba, a wiec zdobyłem dla hodowli Flavago tytuł Młodzieżowy Zwycięzca Polski. Sami musicie przyznać ze pięknie pracowałem.

 

 

A po wystawie poznałem mojego młodszego brata Regisa. Fajnie, bo mieszka w Poznaniu i już zaplanowaliśmy sobie wspólne spacery i odwiedziny, tylko dlaczego jest jeszcze taaaaki mały?

[do góry]

 

październik 2005 - szkoła , szkoła , szkoła, ale po szkole często jeździmy (już w powiększonym o filkę Elego stadku) na długie spacery do jesiennego lasu. Dogadujemy się świetnie choć czasem razem z Majka uciekamy smarkaczowi , który jest za mały aby nas dogonić.

 




[do góry]

 

wrzesień 2005- przy pięknej pogodzie czas mijał mi na ogrodzie, a zabawa była przerywana ćwiczeniami

 





 

Pod koniec miesiąca wraz z moim kolegą, chow chowkiem Eskiem, pojechaliśmy na wystawę do Wrocławia. Poszło nam znakomicie : kolejny tytuł Zwycięzca Młodzieży i tylko żal ze jeszcze jestem za mały na inne klasy.
Jeszcze zaczęła się szkoła. Nie jest lekko. Trzy razy w tygodniu i tak aż do grudnia. Chodzę do jednej klasy z Majką i moim przedszkolnym kumplem Bazylem . Nadal bawimy się jak szczeniaki, tylko czasu na zabawy jest coraz mniej.

 

[do góry]

 

lipiec 2005 - w tym miesiącu mogę o sobie powiedzieć pies podróżnik. Cześć moich psich wakacji spędziłem w lesie nad jeziorem w Boruji. Uwielbiam las, kocham wodę i nawet namówiłem Majkę na wspólne pluskanie.

 



 

Po raz pierwszy odwiedziłem stolice i wystąpiłem w klasie młodzieży na wystawie międzynarodowej. Do domu wracaliśmy baaaardzo dumni z pierwszym tytułem Zwycięzca Młodzieży , a przede wszystkim cieszyło nas uznanie zdobyte w oczach sędziny pani Rity Trainin z Izraela, która jak nikt zna się na sznaucerach.
Okazało się, że to dopiero początek: po dwóch tygodniach uzbieraliśmy juz wszystkie nominacje i zostałem Młodzieżowym Championem Polski. Szczęśliwie okazało się moje rodzinne miasto Koszalin, gdzie zdobyłem podwójny tytuł , piękny puchar, a przede wszystkim dwunożni mieli wielka radość. Co tam tytuły - ja moje szczęście pokazywałem na plaży.

 

[do góry]

 

maj 2005 - i zaczęło się, teraz wiem co to wystawa. Byłem na mojej pierwszej w Bydgoszczy. Wystartowałem w klasie szczeniąt i wypadłem znakomicie. W nagrodę dostałem góóóóre przysmaków. Dostałem swoja pierwsza "wybitnie obiecującą" i jeszcze nigdy nie widziałem tyle czworonogów w jednym miejscu.

 



 

A pod koniec maja zdobyłem mój drugi i ostatni szczenięcy tytuł, tym razem w Lesznie. Pojechaliśmy tam razem z Darkiem i Chingą. Wyprawa okazała się dla nas wszystkich bardzo udana .
W ogóle to maj był super: łąka cala zielona, można się chować w trawach i bawić z Majka w chowanego.

 






 

[do góry]

 

kwiecień 2005 - przeżyłem moje pierwsze fachowe postrzyżyny. Odbyły się u Kariny i Darka w Koszalinie. Oj trudno mi było wytrzymać w bezruchu gdy obok do zabawy zachęcały mnie trzy urocze sznaucerki. Darek wykazał się cierpliwością i nareszcie mogę się zaprezentować w pełnej krasie.

 

 

Odwiedziny w Koszalinie były niezapomniane: spacery nad morzem , w czasie których, Leszek -  mój ojciec chrzestny - obdarzony talentem fotograficznym, miał pole do popisu.

 

[do góry]

 

styczeń 2005- Aśka pojechała sobie na narty, a ja zaczynam chodzić do psiego przedszkola. W przedszkolu fajnie jest.... uczę się jak być dobrym i mądrym psem towarzyszem. Jestem bardzo bystry i szybko się uczę, nie lubię czekać na maruderów. Aha i jestem wrażliwym dominantem....hihi. Ale najfajniejsze są zabawy i mój nowy kumpel Bazyl: chart irlandzki wilczarz (ale duuuuży jest!). Choć bardzo różnimy się wielkością, rozumiemy się doskonale.

 

[do góry]

 

grudzień 2004 - hurra zaczynam poznawać świat, ale jest biały, czy tak będzie już zawsze...? Uwielbiam spacery - na jednym z nich poznałem Majkę. Jesteśmy na podobnym poziomie rozwoju i świetnie się rozumiemy. Może to przyjaźń na cale psie życie?

 

[do góry]

 

listopad 2004 - zastanawiam się czy nie zostać gwiazda? z takimi oczami....., no tak ale aby być sławnym trzeba się trochę natrudzić i napracować. Słyszałem ze ćwiczenie czyni mistrza....więc razem z Aśka ćwiczymy,

 



 

a po udanych ćwiczeniach czeka mnie chwila przyjemności

 

[do góry]

 

październik 2004 - myślałem, że całe życie spędzę nad morzem a tu pewnego dnia przyjechała Aśka ze swoimi przyjaciółmi Anią i Leszkiem, którzy automatycznie zostali moimi rodzicami chrzestnymi :) i zabrała mnie do Poznania. Przez 30 sekund piszczałem w niebogłosy, gdy ulica Słowików znikała za naszymi plecami, ale później było już fajnie. I tak znalazłem się w Poznaniu. Nareszcie mam  własną miskę i górę zabawek. Z nikim nie muszę się już dzielić. A poza tym często przychodzą do mnie goście i przynoszą prezenty.

 







[do góry]

 

 

wrzesień 2004 - spotkanie Bagusi i Tommy'ego było pełne namiętności i zaowocowało dziewięcioma czarnuszkami. Jednym z dziewięciu wspaniałych jestem ja Diego.

 

 

[do góry]

[Wróć do strony głównej]

Webmaster Afekt | © 2006 Joanna Aumüller | Wszelkie prawa zastrzeżone | Protected by BOWI Group